19 gru 2013

Dekoracje pierników bez sztucznych dodatków

Oglądając wiele świątecznych dekoracji zamarzyły mi się zdobione pierniczki. Tyle, że nie chciałam używać ogólnodostępnych posypek, lukrowych pisaków, bo skoro już przygotowuję ciastka samodzielnie, z prawdziwym masłem, miodem i bogactwem aromatycznych przypraw, to nie chcę serwować sobie i bliskim sztucznych dodatków. Poza tym, choć pewne z tych cudacznych produktów ładne wyglądają (np. złote kuleczki), to są... paskudne w smaku. 

Robiąc porządki w szafkach kuchennych przyszło mi kilka pomysłów, co można użyć do dekoracji pierników. Nie wszystkie te rzeczy miałam, dlatego tylko wymienię, a potem pokażę, jak to u mnie wyszło :)

Naturalne produkty do dekoracji pierników
  • skórka pomarańczowa 
  • wiórki kokosowe
  • płatki migdałów
  • amarantus prażony lub w miodzie
  • nasiona słonecznika
  • całe migdały lub orzechy włoskie, pekan, nerkowca (aby się trzymały ciastek, trzeba je ułożyć na nich przed pieczeniem)
To wszystko przyczepiamy za pomocą lukru. Idealnie biały i wspaniałej konsystencji jest taki zrobiony z cukru pudru i białka, ale ja jednak wolę używać soku z cytryny. Moje pierniczki rozdaję wielu osobom i wiem, że niektórzy boją się jeść surowe białko. Poza tym lukier cytrynowy jeszcze bardziej ulepsza smak ciastek. Można też przygotować lukier różowy! Ja przygotowuję go dodając kilka kropel domowego soku malinowego. Oczywiście nie muszę wspominać, że smak też jest cudowny!

A teraz moje pierniczki.
Zdjęcia miały być śliczne i kreatywne, a wyszły... do rymu - psychodeliczne i dziwne... Fotografia kulinarna to niełatwa sprawa :)


Amarantusowy baranek
Rybka zrobiona przez mojego 22-letniego brata!
Różowy garbusek
Różowy ciastek, któremu przydałaby się jakaś twarz ;)
Podzielcie się swoimi pomysłami na naturalne dekoracje, na pewno skorzystam z pomysłów w przyszłym roku!
CZYTAJ DALEJ
16 gru 2013

"Magiczny Foodstock" - fotorelacja

Czy to lekcja eliksirów?


Można stwierdzić, że... tak! Za pomocą takich naczyń rodem z pracowni alchemika (Makiato) przygotowywano eliksir życia na "Magicznym Foodstocku" - imprezie dedykowanej tym, którzy są otwarci na różnorodną kulinarną rzeczywistość.

Zanim pokażę Wam więcej zdjęć, które w iście czarodziejski sposób sprawią, że zapragniecie zjeść coś równie wspaniałego (troszkę to wredne z mojej strony ;) ), opowiem o tym, na czym ta impreza polega. Otóż jest to wydarzenie, na które mogą zgłaszać się przeróżne lokale, producenci, firmy i osoby indywidualne (nawet blogerzy!), którzy chcą zaprezentować swoje kulinarne wdzięki Przygotowują porcje jedzenia, które są warte ok. 5 zł, a my - przychodząc na festiwal - zaopatrujemy się w odpowiednią ilość kuponów, za które możemy spróbować wielu pyszności pojawiających się na stoiskach.


 Podczas tej edycji spróbowałam pysznych wrapów z tuńczykiem od Hamsy.


... które na stoisku prezentowały się tak malowniczo:


Najbardziej z koleżanką zostałyśmy jednak oczarowane  stoiskiem Brasserie Sztuka, gdzie skusiłyśmy się nie tylko na wyborne mini-tarty z łososiem, szpinakiem, serem (o ile dobrze pamiętam) pleśniowym i cytryną, ale też na biszkopt z musem porzeczkowym oraz na to cudo na trzecim zdjęciu - czekoladową sakiewkę wypełnioną musem z ciemnej czekolady, malinami i chrupkami. Rozpusta na całego!


Z wiadomych powodów zdecydowałyśmy się na spróbowanie trzech rzeczy - dwóch w ramach obiadu, oraz czegoś na deser. Ale tutaj jeszcze kilka zdjęć pokazujących, co można było znaleźć na innych stoiskach.

Wypieki z bloga Book me a cookie! Na innym festiwalu miałam okazję spróbować ciasta marchewkowego i było pyszne!
Wegańskie wersje pasztetów, ciast i innych smakołyków od Bania zdrowia.
Coś ciekawego o nazwie BIBIMBAP
I stanowisko z tym charakterystycznym "smrodkiem", od którego od razu robię się głodna!


 To było moje drugie spotkanie z "Foodstockiem" - relację z lutowej edycji pt. "Zakochany Foodstock"  znajdziecie tutaj. Za pierwszym razem byłam bardzo zadowolona, dlatego wybrałam się kolejny raz. Gratuluję organizatorom wyboru nowej miejscówki - Hotelu Forum. Bardzo przyjemny jest klimat tego miejsca, dużo miejsc siedzących (i półleżących - na leżakach!), o wiele bardziej towarzyskie stoły, cieplutko, więcej miejsca - naprawdę byłam oczarowana! I już mam ochotę na kolejną edycję!
CZYTAJ DALEJ
11 gru 2013

"Dlaczego jesteśmy grube??"

Jak czas może wpływać na dietę? 

1. Codziennie mówimy sobie "od jutra zaczynam świadomie się odżywiać", czas płynie, a my nadal wyglądamy tak samo (albo gorzej!),

2. Czas mija, stosujemy dietę, nie jest nam może lekko z tym, że powstrzymujemy się od jedzenia ulubionych, kalorycznych rzeczy, ale zdecydowanie waga ma z nami lżej.




Ok, czas nie może wpływać na to, jak się odżywiamy, czy jesteśmy aktywni fizycznie. Czas tylko płynie, kropla po kropli, minuta po minucie. Lecz to, jakie jest nasze postrzeganie czasu ma związek z naszą wagą i kondycją fizyczną. Przytoczę Wam pewną anegdotę, opisaną w książce Paradoks czasu Zimbardo i Boyda.

Oprah Winfrey, uważana za jedną z najbardziej wpływowych kobiet świata, spotkała się z grupą dziewczyn. Próbowały rozwikłać zagadkę, dlaczego są grube. Nie mogąc znaleźć odpowiedzi, wysłały prywatny odrzutowiec po pewnego doktora - Phila McGraw
Sprowadziwszy go, rozmowa przedstawiała się mniej więcej w ten sposób:

Oprah: Doktorze Phil, chcemy, żebyś powiedział nam, dlaczego jesteśmy grube.
Doktor Phil: Przerwałaś mi kolację z rodziną, każąc lecieć setki mil po to, żeby zadać mi to pytanie?
Oprah: Tak! Ten problem strasznie nas męczy!
Doktor Phil: Hmm, rozumiem. Tak naprawdę odpowiedź jest prosta. Prawdopodobnie zdążę wrócić jeszcze do domu na deser. Jesteście grube, ponieważ chcecie takie być.
Dziewczyny: Rozmawialiśmy na ten temat cały weekend i nie jesteśmy w stanie znaleźć odpowiedzi. Naprawdę chcemy, żebyś nam to powiedział.
Doktor Phil: Aha! Więc chcecie szczerej odpowiedzi?
Dziewczyny: Tak, jesteśmy na to gotowe.
Doktor Phil: No dobra, jesteście grube, ponieważ chcecie takie być.
Oprah: Nie, naprawdę.  Możesz nam powiedzieć. Zniesiemy to.
Doktor Phil: Aaaa, teraz rozumiem. Chcecie znać pełną prawdę... Dobra, jesteście grube, ponieważ chcecie takie być.
(Zimbardo, Boyd, Paradoks czasu, s. 178)

A to arogancki, gruboskórny facet, prawda? W dużym stopniu, niestety, ma on rację. Opiszę na swoim przykładzie: niewiele razy zmuszano mnie (te wizyty u babć to jednak jest bardzo niewielki odsetek sytuacji), abym zjadła całą czekoladę, odkroiła kolejny kawałek ciasta z blachy czy wzięła dodatkową kanapkę. Jadłam je, bo tego chciałam. Chciałam przedłużyć uczucie pysznego smaku w ustach, chciałam zagłuszyć/podtrzymać jakieś emocje. Wybierałam przyjemność zamiast niezbyt pozytywnego uczucia niedosytu. Wybierałam nadwagę zamiast szczupłego (wymarzonego) ciała.

Coo? Zapytasz pewnie ze zdziwieniem. Och, no wiadomo, że nie robiłam tego świadomie. Nie mówię też, że przejrzałam swoją podświadomość i nieświadomość (choć tu akurat nie ma z czego żartować, niektórzy podświadomie mogą nie chcieć schudnąć, bo boją się np. kontaktów z płcią przeciwną lub chudość kojarzy im się z chorobą). Nie podejmowałam takiej decyzji. Ale dokonywałam pewnych wyborów nie zważając na przyszłe ich konsekwencje, czyli z teraźniejszej perspektywy czasowej. Gdybym - jak w piosence z Męskiego Grania 2013 - uważała, że Jutro jest dziś, to może bym bardziej brała pod uwagę przyszłe konsekwencje.

W tym momencie westchnęłam sobie, bo pozytywną a zarazem dyskusyjną stroną psychologii jest to, że każdy z nas jest wyjątkową i niepowtarzalną jednostką (to ta jasna strona), lecz przez to ciężko jest uogólniać różne teorie, tworzyć prawa na wzór fizyki, które u każdego by się sprawdzały. Chciałabym Wam jednak przedstawić kilka moich refleksji i wyników badań związanych z niewątpliwie występującymi wśród nas różnicami w postrzeganiu czasu. 

Wróćmy na chwilę do tych wyborów. Skupiając się na teraźniejszości najpewniej dokonamy takiego wyboru, który jest dla nas najkorzystniejszy teraz, w danej chwili. Zauważcie, że z opisów poszczególnych perspektyw, przedstawionych w poprzednim poście, można wywnioskować, że teraźniejsi hedonistyczni mogą w bliskiej styczności z tabliczką czekolady działać w stylu "Oj tam, a może jutro umrę, po co mam sobie czegoś odmawiać", a z kolei teraźniejsi fataliści: "Od zawsze byłam gruba i taka pozostanę, ta tabliczka nic w tej kwestii nie zmieni".

Oczywiście nie można zapomnieć w tym miejscu o tym, że w przypadku chęci na coś słodkiego/tłustego/kalorycznego dużą rolę mogą odgrywać nasze biologiczne mechanizmy. Głód powoduje, że stajemy się zorientowani na teraźniejszość - więc lepiej do niego nie dopuszczać. Ale co w innych sytuacjach? Najlepiej jest myśleć o długofalowych konsekwencjach. Autorzy koncepcji piszą, że osoby o przyszłościowej perspektywie czasowej wybierają zwykle zdrową żywność - pomimo tego, że może być mniej atrakcyjna i droższa. Kontrolują też swoją wagę (i nie tylko - częściej zgłaszają się na badania kontrolne, są wolni od nałogów).

Tutaj może zrodzić się pytanie: jak sprawić, aby postrzeganie czasu działało na moją korzyść?  Aby nie przerażać długością wpisu (...too long to read) w trzeciej części cyklu o czasie napiszę o tym, co to jest zrównoważona perspektywa czasowa oraz w jaki sposób do niej dążyć! :)

A czy Wy "chcecie" być grubi?  Co sądzicie o takim poglądzie?
CZYTAJ DALEJ
8 gru 2013

O doświadczaniu czasu i jego wpływie na nasze życie

Czas nas uczy pogody, Szczęśliwej drogi już czas, Cisza, ja i Czas, Czas jak rzeka, Czas spełnienia, Wehikuł czasu - jestem pewna, że znacie jeszcze przynajmniej 2 razy tyle tytułów piosenek ze słowem "czas/time" w tytule.

A co powie nam wujek Google na temat słowa "czas"? Oj, wiele! Znajdzie nam więcej odniesień do "czasu" niż dla słów: seks, pieniądze czy szczęście.

Dlaczego czas jest dla nas tak ważny? Może dlatego, że dotyczy nas wszystkich, że płynie niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy go zatrzymać. Nie da się go fizycznie cofnąć, przyspieszyć, ani odłożyć na czarną godzinę. Można go jednak doświadczać w różny sposób, i to właśnie było jednym z  zagadnień mojej pracy magisterskiej.


Czas jest względny. Nie tylko dlatego, że tak powiedział pan Einstein. Także dlatego, że mamy okazję poczuć to każdego dnia. Czasem wydaje się, że 15 minut czekania na ważny telefon trwa wieczność, podczas gdy to samo 15 minut przed przybyciem  niespodziewanych gości, gdy w pośpiechu robimy makijaż, przygotowujemy coś do jedzenia i sprzątamy w pokoju mija niespostrzeżenie. Na doświadczanie czasu wpływa stan emocjonalny (nuda, oczekiwanie, podekscytowanie itd.), tempo życia społeczności w jakiej żyjemy i perspektywa czasowa. 

Co to jest perspektywa czasowa?

Perspektywa czasowa to, najprościej ujmując, sposób w jaki postrzegamy czas i jego wpływ na nasze życie. Zimbardo i Boyd, autorzy książki Paradoks czasu, na podstawie wieloletnich badań przeprowadzonych wśród setek osób wyróżnili pięć* podstawowych perspektyw, w jaki ludzie mogą postrzegać czas. Jakie to perspektywy i czym się one charakteryzują?

Zanim o tym przeczytasz polecam wypełnić kwestionariusz pomagający określić Twój sposób postrzegania czasu - trwa to mniej niż 10 minut, wyniki są podliczane automatycznie i nie wymaga to żadnej rejestracji, lecz niestety jest tylko w języku angielskim.**

Od razu uprzedzam - prawdopodobnie nikt z nas nie jest w 100% zorientowany na jeden i tylko jeden z tych sposobów postrzegania czasu. Na nasze zachowanie, przekonania, postawy i wartości może mieć wpływ każda z tych perspektyw, choć w różnym stopniu - zwykle dominuje kilka. 
Jak łatwo można się domyślić, to czego doświadczamy możemy postrzegać przez pryzmat przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości. Ważne jest także ustosunkowanie - czy oceniamy coś ogólnie "na plus" lub "na minus". Z tych kombinacji wychodzi nam:

Perspektywa przeszłościowa-pozytywna - ta perspektywa cechuje osoby, które chętnie wspominają "stare dobre czasy". Nawet jeśli przeszłe wydarzenia obiektywnie nie były pozytywne, sprzyjające itp., to jednostki o tej perspektywie dostrzegają jasne ich strony i potrafią wyciągnąć z nich jak najwięcej dobrego. Ugruntowanie w przeszłości może mieć związek z większym poczuciem własnej wartości i poczuciem szczęścia, co zapobiega odczuwaniu lęku, agresji czy depresji. Osoby takie bardzo cenią głębokie relacje międzyludzkie oraz wartości takie jak tradycja, religia, duchowość. 

Perspektywa przeszłościowa-negatywna - w myśleniu osób o takiej perspektywie dominują negatywne obrazy z przeszłości, które mają wpływ na ich obecne życie. Koncentracja na krzywdach czy rzeczach, które je ominęły nie pozwalają im na cieszenie się z codzienności i nawiązywanie nowych, satysfakcjonujących relacji.  Rzadziej mają na uwadze skutki podejmowanych wyborów i szybko tracą motywację do robienia czegoś, czego efekty będą dostrzegalne po długim czasie.

Perspektywa teraźniejsza hedonistyczna najlepiej wyraża się w słowach "Chwytaj dzień, a najmniejszą nadzieję pokładaj w jutrze". Ma to swoje zalety i wady - z jednej strony postawa taka cechuję się czerpaniem jak największej przyjemności z "tu i teraz" oraz poszukiwaniem takich doznań. Z drugiej strony zaś osoby skupione na tego typu korzystaniu z życia mogą nie zaprzątać sobie głowy przyszłymi konsekwencjami, dążeniem do dalekosiężnych celów i podejmować decyzje pod wpływem impulsu.

Perspektywa teraźniejsza fatalistyczna jest nacechowana przekonaniem o niemożliwości ucieczki przed przeznaczeniem. "Co ma być to będzie"- więc dla osób o takiej orientacji nie ma sensu starać się za wszelką ceną dążyć do osiągnięcia marzeń i celów.

Przyszłościowa perspektywa przejawia się przede wszystkim nastawieniem na realizację celów. "Przyszłościowcy spoglądają na przeszłość jako magazyn błędów do naprawienia oraz sukcesów do powtórzenia i rozwinięcia, i nie dostrzegają zbyt wielu korzyści ze sterowanej popędami teraźniejszości" (Zimbardo i Boyd, 1999, s. 119). Nie da się ukryć, że opisując osoby o takiej orientacji wobec czasu za przykład można wziąć tzw. "ludzi sukcesu". Potrafią przewidywać konsekwencje swoich działań i wytrwale dążyć do realizacji celów. Ponadto mają zdolność do odraczania gratyfikacji, czyli nie spieszą się z odbiorem nagrody za małe zadanie, bo liczą na większe wyróżnienia, gdy jeszcze dłużej popracują nad realizacją jakiegoś celu - również dlatego, że mają w sobie duże pokłady optymizmu i wiary w to, że dopną swego.

 Na kształt jednej, wyjątkowej dla danego człowieka perspektywy ma wpływ wiele czynników: kultura, wychowanie, klimat, wiek etc. Ważne jest jednak to, że do pewnego stopnia można ją zmienić - tak, aby bardziej nam służyła.

Aby długość tego postu nie przerażała, temat doświadczania czasu podzieliłam na części. W następnych przeczytacie między innymi  o doświadczaniu czasu i jego związkom z odżywianiem, o zrównoważonej perspektywie czasowej, a także kilka wskazówek, jak ją osiągnąć.  Mam nadzieję, że ta tematyka będzie dla Was interesująca!

Jaka jest Wasza perspektywa czasowa?  Czy odnajdujecie się w przedstawionych opisach?






* W książce Paradoks czasu Zimbardo i Boyda występuje jeszcze szósta perspektywa - przyszłościowa transcendentalna, odnosząca się do celów, nagród i kar w życiu po śmierci. Jest ona mierzona odrębnym kwestionariuszem. W opisie perspektyw opieram się na artykule tych samych autorów z 1999 roku, gdyż prowadzone w tym paradygmacie dalsze badania - zwłaszcza odnoszące się do zachowań zdrowotnych - nie uwzględniały tej dodatkowej orientacji.
** Polska wersja językowa jest dostępna w książce Paradoks czasu Zimbardo i Boyda.
CZYTAJ DALEJ
17 lis 2013

Gdzie byłam, jak mnie nie było?

Ostatnie dwa miesiące były czasem gdy spędzałam najwięcej i... najmniej czasu przy komputerze. Do końca września intensywnie pisałam pracę magisterską, zaś w październiku przygotowywałam się do egzaminu magisterskiego. Wtedy bywały dni, że wcale nie włączałam komputera, bo godzinami siedziałam z nosem w książkach i opracowaniach... Na szczęście mogę się już pochwalić, że jestem magistrem psychologii! I powoli wracam do normalnego rytmu życia. A jego elementem jest ( i mam nadzieję, że pozostanie!) regularne blogowanie! Przyznam, że choć od obrony minęło już trochę czasu to ciężko mi było się zebrać, aby przygotować jakiś tekst na blog. W końcu jednak nadszedł ten moment, że... siedzę i piszę post "na rozgrzewkę" :).

Bo jednak nie znikłam tak całkowicie z wirtualnego świata.

Kilka dni temu ukazał się "Mój przepis na piękno" - bardzo osobisty tekst, który miałam zaszczyt przygotować na zaproszenie Krufki. 



A od kilku tygodni gotuję dla... kolarzy! Na stronie OxygenCycling ukazują się zdrowe i sycące dania, które mają doprowadzić "Przez żołądek na podium"! Może macie ochotę na...?


3 ... moje najulubieńsze placuszki śniadaniowe z otrębami (bez mąki!) i jabłkiem
4 ... chyba najlżejszy możliwy przepis na tartę brokułową Wcześniej na moim blogu opublikowałam wersję a la Chimera, natomiast owocem eksperymentów, by uczynić ten przepis dietetycznym jest właśnie wersja na OxygenCycling.

Jeśli tak, to zapraszam do podlinkowanych przepisów!

Na koniec podzielę się niespodzianką jaką sprawiła mi  Niebieskoszara. W poprzednich zakładkach napisałam o pewnym rysunku, który chciałabym, aby mi ktoś narysował. Było to takie życzenie wyjawione w eter, a tu proszę - zaraz po opublikowaniu postu otrzymałam od Natalii maila, że może mi taki narysować! Na dodatek rysunek został spersonalizowany zgodnie z tym, jak najbardziej chciałam. Jest teraz piękną i mądrą ozdobą ściany. Niebieskoszara - jeszcze raz dziękuję za Twój uroczy gest i pracę włożoną w wykonanie!



W kolejnym poście napiszę  o tym, co w tematyce mojej pracy magisterskiej może być przydatne w kontekście odchudzania :)


CZYTAJ DALEJ
6 paź 2013

Czy wyglądasz normalnie?


The Three Graces, by Peter Paul Rubens, from Prado in Google Earth

Podczas spotkania z moją przyjaciółką dzieliłyśmy się naszymi wrażeniami z wakacji. Okazało się, że zarówno ona, jak i ja mamy podobne spostrzeżenia z przebywania wśród ludzi nad brzegami morza, basenu czy jeziora. Renata jest psychologiem, coachem, trenerem oraz osobą piękną zewnętrznie i wewnętrznie, dlatego poprosiłam ją, aby przygotowała gościnny wpis na moim blogu.
Jestem pewna, że zainteresuje Was to, co napisała:

Kochani czytelnicy!

Jak każda z osób odwiedzających tego bloga, jestem użytkownikiem internetu. Surfując po sieci czy mając jakikolwiek kontakt z mediami, chcąc nie chcąc wytworzyłam sobie wizerunek kobiety "idealnej" a raczej wyobrażenie, że istnienie takich kobiet jest powszechne. Wchodząc na blogi włosomaniaczek nieświadomie hołduję przekonaniu, że kobieta powinna mieć ładne włosy; na bloga dietetycznego, że powinna mieć ładną sylwetkę i koniecznie prowadzić zdrowy tryb życia; na modowe, że powinna zawsze wyglądać pięknie i szykownie, lifestylowe; że powinna mieć ciekawe i zorganizowane życie towarzyskie i rodzinne. Tak więc moje wyobrażenie o byciu "prawdziwą" kobietą, w jakiś sposób zawiera w sobie niektóre z tych przekonań, czasami zwracając moją uwagę na to, jak bardzo odstaję od tych standardów. Zewsząd kuszą nas zdrowe i proporcjonalne sylwetki pięknych kobiet do których się porównujemy, nie zawsze świadomie. Czy to jest jednak rzeczywistość? Gdzie zwykle mamy okazję zobaczyć półnagie kobiety? Głównie są to właśnie czasopisma, reklamy, zdjęcia w internecie. Ale jak często masz okazję przyjrzeć się na żywo ludzkiemu ciału pozbawionemu ubrań?

Ostatnio miałam ku temu okazję. Starając się wykorzystać ostatnie słoneczne dni, spędziłam trochę czasu na Węgrzech. Mocząc się w termalnych basenach miałam sposobność przyjrzenia się setkom ludzi, którzy w tym samym czasie przebywali na tym samym terenie. W ostatnim czasie spędzałam dużo czasu w internecie i podczas tych kilku dni na Węgrzech doznałam zaskakującej konfrontacji z rzeczywistością. Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie widok ludzkich ciał, który znacząco różnił się od tego, do czego przywykłam. Uwaga: ludzie nie są tacy, jak na zdjęciach w internecie, w telewizji i reklamach!

Spośród setek ludzi udało mi się spostrzec jedynie dwie dziewczyny z ładnym (czytaj, podobnym do tych, co na okładkach czasopism) ciałem, jednak żadna z nich nie miała interesującej twarzy. Ze zdumieniem przyznałam, że ludzie nie wyglądają tak, jak do tej pory mi się wydawało. Są nieproporcjonalni, pomarszczeni, nieopaleni, niemal wszystkie kobiety mają cellulit, oraz wystające brzuchy. Mężczyźni nie mają kaloryferów, jak modele, ale normalne ciała lub wydatne brzuchy; kobiety nie są gładkie i gibkie, ale pełne i miękkie, czasami galaretowate. Jeśli trafiała się piękna twarz, to znów ciało było nieproporcjonalne. Sądząc po tym, że niemal wszyscy tak wyglądali, podejrzewam, że taka jest rzeczywistość! To właśnie jest ludzkie ciało, takie prawdziwe, jakie mają pod warstwą ubrań ludzie mijani przez nas codziennie na ulicy. Takie jakie mają nasi rodzice, koleżanki, koledzy, sąsiedzi... Nie wiemy o tym, bo nie często zdarza nam się ich oglądać, często za to uśmiechają się do nas śnieżnobiałym uśmiechem perfekcyjni ludzie z okładek czasopism, piękni, wysportowani, wydepilowani. Piękne twarze, piękne ciała - takie połączenie genów jest bardzo rzadkie ale poprzez kontakt z mediami wydawałoby się, że każdy jest taki piękny, tylko nie my. 

 Czasami na warsztatach nastolatkowie (chłopcy!) pytają mnie: dlaczego dziewczyny myślą, że są grube albo brzydkie, jak nie są? Właśnie dlatego, że media tworzą standardy, do których każdy chce dorównać, bo myśli, że tak właśnie ma być. Że mam być naturalnie piękna i szczupła, bo jak nie to nie ma dla mnie miejsca na świecie, bo przecież jest tyle pięknych, zgrabnych i mądrych. Otóż nie, nie ma wcale ich tak wiele. W mediach pojawiają się osoby wyselekcjonowane. Przejdź się po ulicy, usiądź na ławce w parku i sama sprawdź. A najlepiej idź na basen! Taki wyjazd był dla mnie znakomitym sposobem na uleczenie się z wszelkich kompleksów i każdemu go polecam. 

Tak więc wyprostuj się, uśmiechnij  i uwierz, że wyglądasz normalnie i w sam raz! 
CZYTAJ DALEJ
27 wrz 2013

Stylizacje "plus size"

Zacznijmy od tego, że generalnie nie lubię określeń stylizacja ani plus size ;) 

Stylizacja kojarzy mi się z czymś sztucznym, ale nie znajduję innego zgrabnego określenia o tym znaczeniu w języku polskim.

Z określeniem plus size utożsamia się zarówno rozmiar 38, jak i 48. Według mnie powinno ono dotyczyć rozmiaru 44 i wzwyż. 38, 40, 42 to dla mnie normal size

Rozmiar 34 nie oznacza, że osoba go nosząca ma niedowagę - może być drobnej budowy ciała i/lub niskiego wzrostu, więc tak samo i 40-42 to nie rozmiar oznaczający nadwagę! Wiem, że niektóre osoby mówiąc, że noszą taki rozmiar zachowują się tak, jakby było aktem heroizmu przyznać się do niego lub... powodem do wstydu. Ja oczywiście też tak miałam i miewam. A uważam, że nie powinno to wywoływać żadnych kompleksów. I chciałabym, aby firmy odzieżowe prezentowały swoje kolekcje na kobietach w rozmiarze 38-40. I wykazywały się w sztuce krawiectwa, projektując rzeczy tak, aby np. nie "podcinały" pupy, nie podkreślały wystającego brzucha lub nie napinały się na biuście, gdy reszta pasuje.

Tymczasem chciałabym pokazać Wam ładne - w mojej opinii - stylizacje w rozmiarach (na moje oko) od 38 do 44. Kolekcjonowałam je przez dłuższy czas, zapisując takie, które mi się spodobały i uznałam, że warto je zebrać na blogu. Myślę, że można się nimi co nieco zainspirować i ubierać tak, aby czuć się świetnie - nawet, jeśli dąży się do szczuplejszej sylwetki.


Zestaw bardzo w moim stylu - czerwień, paski, spódnica ołówkowa i bluzka wpuszczona do środka. Kiedyś byłam przekonana, że wąskie spódnice zarezerwowane są tylko dla bardzo szczupłych bioder. Teraz uważam, że im mniej materiału faluje dookoła nich, tym wygląda się lepiej. 
źródło

Choć ja zwykle spodni nie noszę, to ten zestaw bardzo mi się podoba. Szaro, ale nie nudno. Luźniejsza tunika ukrywaja górną część ud podkreślaną przez rurki, ale za to krótka kurtka podkreśla szczupłą górę. Buty z niską cholewką odsłaniają zgrabne łydki, dodatkowo podkreślone przez wąskie spodnie. 


Bardzo łaskawa dla figury sukienka. Dekolt typu V, koronkowe rękawki wyszczuplające ramiona i zaszewki na brzuchu, które sprawiają, że ta mała czarna jest przy ciele, ale nie podkreśla brzucha. Co do butów, to generalnie jestem przeciwna paskom wokół kostek, szczególnie czarnym.

Urocza stylizacja! Uwielbiam tego typu dekolty i rękawki. Lubię długość za kolano, choć idealna to taka, która odsłania zwężenie łydki.

Nigdy nie nosiłam w ten sposób kardiganu, ale według mnie ubrany w taki sposób może dać podobny efekt jak sukienki, które mają ciemne wstawki po bokach i jasne w środku.

Po prostu - fajny jesienny zestaw. Choć ja ubrałabym do niego ciemne rajstopy. I nie tak mięsisty komin.

Co prawda ja nie lubię tak grzecznych dekoltów i wykończenia pod szyję, ale czasem taka sukienka może być konieczna. Widzicie, jak jej nogi są cudownie wydłużone dzięki butom w cielistym kolorze?

Kolorystyka tej stylizacji jest dla mnie przepiękna. I świetna długość spodni, która wyglądałaby równie dobrze z balerinami.
 

To jest dla mnie świetna sukienka na wesele. Szerokie ramiączka, dzięki którym można ubrać normalny biustonosz i swobodnie tańczyć. Zabudowany biust, lecz z kuszącym i dodatkowo wydłużającym szyję wycięciem. I ta talia -  idealnie podkreślona, a jednocześnie luźny dół zaczyna się już tam, gdzie może wystawać brzuch. I ten materiał, który subtelnie opływa biodra. Bolerko też jest fajne. I ponownie - beżowe buty. Żadne według mnie nie pasowałyby lepiej!

Jak Wam się podobają te stylizacje? Co sądzicie o elementach, na które zwróciłam uwagę?

Jeśli będziecie chciały, to mogę przygotować jeszcze jeden post w tym stylu :)

Źródła zdjęć: wszystkie są odnośnikami do stron, z których pochodzą. Choć zwykle jest to pinterest.com :)
CZYTAJ DALEJ
16 wrz 2013

W zakładkach (11), czyli mniej lub więcej o odchudzaniu

Porcja zakładek, którą chciałabym się z Wami podzielić w tym poście jest wyjątkowo artystyczna.  Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Miłego czytania!


1. Piękny rysunek, który chciałabym mieć w kuchni w wersji z polskimi napisami. Może ktoś mi narysuje? ;)

źródło
2. Warzywa + owoce + małe kubeczki + zmysł estetyczny = ... zobaczcie sami.

3.  I jeszcze trochę warzywno - owocowych pięknych obrazków.

4. W poprzednich "zakładkach" pisałam o ciekawym projekcie "The Art Food Project"- pod tym linkiem kryje się prezentacja części wykonanych naczyń. Mi nadal najbardziej podoba się zastawa wykonana przez Martę Szostek - kreatywne połączenie tradycyjnych form z czymś szalonym i umożliwiającym naprawdę piękne podanie potraw.


źródło
źródło
5. Pozostając w artystycznym temacie... zabawne badania nad wpływem rysowanego jedzenia na nastrój. Czegóż to nie wymyślą amerykańscy naukowcy :)

6. Czas pikników chyba już powoli się kończy, ale muszę Wam pokazać projekt, który mnie zachwycił: picnic box zawierający wszystko, co potrzebne, aby móc cieszyć się posiłkiem na świeżym powietrzu- biodegradowalne sztućce, kubki, koc. Trzeba tylko dokupić smakołyki :)
 
7. Ciekawy  post o tym, jaka może być wewnętrzna przyczyna niedoskonałości w różnych obszarach twarzy.  

8. Waga to najlepiej spada, ale ze schodów. Dopiero ostatnio dowiedziałam się, kim jest Katarzyna Bosacka i polubiłam ją. Zabawny tekst o tym, żeby się nie ważyć zbyt często. 

9. Artykuł o historii trenera fitness, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Oto, co oznacza stwierdzenie chcieć to móc i prawdziwa motywacja, która nie uznaje słowa niemożliwe.

10. Historia o dwóch mózgach, czyli- relacja między żołądkiem a mózgiem. Prosta infografika prezentująca krótko, jak ona działa.  

Two Brains, One Body: Your Gut and Your Mind
Explore more infographics like this one on the web's largest information design community - Visually.
 

CZYTAJ DALEJ
8 wrz 2013

Buty na zumbę - Nike Air Musio

Planując zakup butów na zumbę* poszukiwałam w internecie informacji, jakie modele są polecane i niestety nie dowiedziałam się zbyt wiele, więc pomyślałam, że podzielę się opinią o butach, które w końcu wybrałam - Nike Air Musio.

źródło


Zanim jednak przejdę do recenzji napiszę, w jakich butach ćwiczyłam wcześniej oraz o moich oczekiwaniach co do nowych. 
Otóż... wcześniej chodziłam na zumbę w trampkach Ecco Summer Zone. Kupiłam je w kwetniu 2009 roku i... po dziś dzień w nich chodzę. Szczerze - gdyby znowu produkowali je w całości czarne, to na pewno kupiłabym nową parę. Są to dla mnie najwygodniejsze i najtrwalsze trampki na świecie. Ich podeszwa jest bardzo miękka i elastyczna, na zewnątrz i od wewnątrz są wykonane ze skóry, dzięki czemu noga swobodnie oddycha.  

Dlaczego  kupiłam nowe buty? W sumie zmotywowało mnie do tego to, że buty te nie mają sztywnej cholewki i kilka razy moja noga się niebezpiecznie w nich wykręciła. Poza tym mają one skórzaną wkładkę, na której przy intensywnym tańcu moja stopa się ślizgała.  I byłoby w tym nieco hipokryzji, gdybym nie napisała, że chodząc często na zajęcia zaczęło mi zależeć na bardziej sportowym wyglądzie :)

Jakie były moje oczekiwania co do nowych butów na zumbę? 
  • podeszwa co najmniej tak dobrze amortyzująca, jak w poprzednich
  • sztywna cholewka i ogólnie, by but dobrze "trzymał" stopę
  • materiał przepuszczający powietrze
  • punkt obrotowy na podeszwie (bo słyszałam od instruktorki, że jest to przydatne) 
  • aby były ze skóry
  • cena w okolicy 250 - 300 zł
  • estetyka 
 Poszukiwania takich butów rozpoczęłam od wizażu i tym podobnych stron. Najwięcej dobrego przeczytałam o butach do fitnessu Nike'a, a zwłaszcza o modelu (nie pamiętam już nazwy), który jest już niedostępny w sklepach. Wśród jego odpowiedników znalazły się m. in. moje buty (Nike Air Musio), oraz Nike Musique VII. Te drugie widziałam na stopach jednej z instruktorek zumby i jeśli chodzi o wygląd to... podobają mi się o wiele bardziej od moich. Zdecydowałam się jednak na te pierwsze, bo mogłam je przymierzyć i kupić w sklepie stacjonarnym.  

Informacje ze strony internetowej sklepu sportowego:
Cholewka stanowi kombinację skóry naturalnej i syntetycznej z nowoczesnymi szczegółami, o subtelnej prostocie. Podeszwa środkowa dwuczęściowa, gwarantująca atrakcyjny wygląd oraz wysoki poziom komfortu. Pełnej długości podeszwa środkowa z pianki Phylon z wewnętrzną poduszką gazową gwarantującą doskonałą amortyzację. Podeszwa zewnętrzna z widoczną poduszką gazową oraz z punktem obrotu Pivot Point, doskonała na trening obwodowy, cardio czy taniec. Profil: stylowy, komfortowy i uniwersalny but dla nowoczesnej kobiety dbającej o formę. [źródło]



Nike Air Musio a moje oczekiwania:
  •  Świetna amortyzacja! Choć w moich trampkach Ecco odbijanie się na pięcie było naprawdę w porządku, o tyle w tych butach poczułam, co to znaczy elastyczny (bo tak to odczuwam) przód.
  • Cholewka, na której tak mi zależało, trzyma w porządku. I nie obgryza mi pięt (to moja zmora, wiele sportowych butów tak traktuje moje stopy...), o co się strasznie bałam! Z tego względu też nie kupiłam butów z taką całkiem wysoką cholewką.
  • Materiał według mnie nie jest jakiś cudnie przewiewny. Podczas zajęć nie czuję dyskomfortu, stopy mi się nie gotują, ale po - są w środku ewidentnie wilgotne (a nie mam tendencji do nadmiernego pocenia i w butach ze skórzanym wnętrzem nie zdarza mi się coś takiego)!
  • Punkt obrotowy nie sprawił, że poczułam jakąś nową jakość podczas obrotów. Choć wydaje mi się, że jest on przeznaczony do takich piruetów na stopie, a w naszych choreografiach chyba takich nie ma, więc nie miałam pewnie szansy do przetestowania tej możliwości. 
  •  Z zewnątrz buty są częściowo ze skóry. I przyznam, że są porządnie wykonane. Mam już je ponad pół roku i nie ma żadnych zagnieceń, nic się nie przetarło ani nie rozkleiło.
  • Zapłaciłam za nie 249 zł podczas promocji w sklepie Sizeer. Obecnie w internecie można je kupić nawet za 179 zł.
  • Wygląd zewnętrzny moich butów jaki jest, każdy widzi. Według mnie są... zwykłe. Czarne, pasują mi szarych spodni i czarnych koszulek-bokserek. Nie ma szału. Nadal marzę o kolorowych oldskulowych butach za kostkę ;)
  • Dodatkowe zalety: płaskie sznurówki (takie wg mnie się mniej rozwiązują) i lekkość obuwia - odczułam to głównie na swoim ramieniu :)
Podsumowując, jestem z nich zadowolona i myślę, że jeszcze długo mi posłużą.

Edycja 3.01.2015 - jak napisała jedna z komentujących osób - to są "najki niezdzierajki". Ich właściwości nadal pozostały świetne, a ich wygląd ani trochę się nie zmienił :) 


Podzielcie się proszę opiniami na temat butów, w jakich Wy chodzicie na zajęcia fitness, zumbę. Może uda się stworzyć w komentarzach do tego wpisu mały poradnik dla poszukujących takich informacji :)


* Podejrzewam, że słowo zumba, jako nazwa własna, nie podlega odmianie, ale ja odmieniam, bo nie podoba mi się fraza "zajęcia fitness typu zumba".
CZYTAJ DALEJ
2 wrz 2013

"Paryska dieta" - recenzja



Gdy tylko zobaczyłam  książkę "Paryska dieta" w internecie wiedziałam, że muszę ją przeczytać. "Francuzki nie tyją" oraz "Lekcje Madame Chic" rozbudziły we mnie zainteresowanie francuskim paradoksem pozostawania szczupłym jedząc pyszności, więc z niecierpliwością czekałam na przesyłkę.

Zanim przedstawię treść i moje wrażenia po przeczytaniu "Paryskiej diety" warto wiedzieć, kim jest jej autor. Jean-Michel Cohen jest doktorem nauk medycznych oraz najsłynniejszym (jak można przeczytać na okładce książki) specjalistą ds. żywienia we Francji. Stworzył  pierwsze kompleksowe centrum leczenia otyłości w swoim kraju. Występował m. in. w rodzimej wersji programu Master Chef. Zasłynął także tym, iż w 2011 roku wygrał proces o zniesławienie z Pierre Dukanem, którego dietę określił jako zagrażającą dla zdrowia.

"Paryska dieta" to książka, która na samym początku otrzymała ode mnie oklaski za tytuł i oprawę graficzną. Budzi we mnie skojarzenia związane z elegancją, wyrafinowaniem i... paryskimi kafejkami. Nie jest taka jak większość książek o odchudzaniu, gdzie zwykle występują zdjęcia warzyw i owoców oraz kolor zielony. Treść książki okazuje się być jednak napisana całkiem poważnie. Bez opisów, po których przeczytaniu mam ochotę zjeść pomidora nożem i widelcem na porcelanowym talerzyku, ale za to z czymś, co ogromnie cenię - przypisami do naukowych źródeł informacji, które podaje autor.

 W części pierwszej autor opisuje, jak niedobrze dzieje się w stylu odżywiania swielu ludzi (winiąc za to m. in. globalizację, zbyt dużą ilość przekąsek) i jak wielką krzywdę wyrządzają media kobietom, które za wzór sylwetki stawiają figurę, która często ani nie jest zdrowa, ani normalna. Z drugiej jednak strony wszechobecne reklamy sprawiają, że często bezrefleksyjnie kupujemy produkty, które skutecznie uniemożliwiają przybliżenie się do takiego ideału. "Dlatego właśnie, zagubieni w sprzecznych przekazach medialnych, ogarnięci obsesją ideału piękna, próbujemy znaleźć mniej więcej satysfakcjonujące rozwiązanie, niepewny kompromis między dobrym a szkodliwym, zdrowym a niezdrowym; kończy się tak, że zabijamy wszelką przyjemność z jedzenia. Co równie złe, oduczyliśmy się racjonalnego planowania posiłków oraz wybierania potraw i produktów, które są świeże, naprawdę smaczne i dobre dla nas."- jako osoba zainteresowana diet coachingiem podpisuję się pod tym.
W rozdziale "Dlaczego tak trudno jest schudnąć" autor zwraca uwagę na coś bardzo ciekawego - mianowicie, że nie tylko jedzenie może być nałogiem, ale też... odchudzanie. Zwłaszcza dla osób, które wpadły w pułapkę efektu jojo. Opisuje pokrótce także przyczyny przyrostu masy ciała - fizyczne (spowodowane np. lekami, menopauzą, rzucaniem palenia) oraz - co dla mnie bardzo ważne- powody psychiczne i społeczne. Jako przyszły psycholog  i osoba z doświadczeniem w walce z nadwagą zwracam bardzo dużą uwagę właśnie na takie aspekty. Za pomocą historii "z życia wziętych" opisane są takie powody jak np. zmiany życiowe, gromadzenie się w nas wielu małych stresów, które powodują duże frustracje, stosunki rodzinne oraz małżeńskie. 

Druga część książki zaskoczyła mnie. Na podstawie opisu, a może i też trochę życzeniowo, spodziewałam się szczegółowego opisu diety francuzów, rozumiejąc słowo "dieta" nie z domyślnym członem "odchudzająca", lecz jako "sposób odżywiania". I oczywiście wielu smakowitych przepisów, które są zarazem wyrafinowane, jak i sprzyjające figurze. O ile w tej drugiej kwestii się nie zawiodłam (o tym jeszcze później), o tyle w pierwszej...  autor przedstawia  swój program odchudzający o nazwie "Paryska dieta". Nie napiszę, że zachwycił mnie on, za to wprowadzenie do niego jest całkiem pouczające. Przede wszystkim Cohen opracował wzór na Właściwą Wagę (WW), czyli taką liczbę kilogramów, która jest dość szybko osiągalna i możliwa do utrzymania bez większego wysiłku. (O dziwo mi wyszła wyższa, niż mam w tej chwili, więc byłam nieco zdziwiona. Ale potem przeczytałam, że gdy utrzyma się WW przez ok. 6 miesięcy, to można ponownie określić kolejny cel, mając także na uwadze dążenie do prawidłowego BMI). We wskazówkach do diety Cohen reprezentuje realistyczne podejście do sprawy - bez hurraoptymizmu w stylu "schudniesz bez wysiłku 5 kg w tydzień", ale jednocześnie zachęca, aby dostosować dietę do siebie, gdyż tylko wtedy można ją skutecznie stosować. 

Przydatną "ściągę" dla osób na diecie stanowi rozdział "Kulinaria: podstawy". Niby wszyscy o tym wiemy, ale autor wypunktowuje tu różne możliwości przyrządzania podstawowych produktów oraz przedstawia tabelę ze sposobami zastosowania wielu ciekawych przypraw.

Dalsza część książki to propozycje menu dla trzech faz "Paryskiej diety". Faza "Cafe" jest dla mnie nie do przyjęcia (Jej nazwa jak dla mnie wzięła się od tego, że ilość jedzenia jest taka, jak podczas jednej wizyty w kawiarni. Policzyłam wartość kaloryczną dla losowego dziennego jadłospisu - 750 kcal). Jest to jednak "nieobowiązkowy i krótki rozruch", który można stosować maksymalnie 10 dni. Faza "Bistro" jest przewidziana na okres 2-3 tygodni i można na niej stracić od 3,5 do 5 kg. Faza "Gourmet" może być stosowana do uzyskania WW i "została opracowana z myślą o usatysfakcjonowaniu podniebienia i składa się z pysznych posiłków, które ułatwiają długie utrzymywanie diety".

To, co stanowi dla mnie o wartości książki "Paryska dieta"  to ciekawe jadłospisy. Gdy przeglądam jakieś gotowe diety w czasopismach czy książkach, pojawiają się często te same produkty - zwłaszcza kurczak na 101 sposobów i czasem jakaś rybka dla urozmaicenia - zwykle łosoś. Wiadomo, że szybko się to przyrządza, ale ja jestem już tak znudzona drobiem, że z wielką chęcią wypróbuję nadziewaną cielęcinę, tilapię - rybę o której istnieniu nawet nie wiedziałam, a może nawet przekonam się do jagnięciny. W tych przepisach najbardziej podobają mi się dwie rzeczy - że nie będzie takiej sytuacji: "tak pysznie brzmi, ale tyle śmietany/masła/bułki tartej trzeba dodać" oraz lista zamienników dla wielu produktów, gdy np. danego rodzaju mięsa nie dostanę w najbliższym sklepie spożywczym. Na dodatek są też propozycje dla skrobiożerców, wegetarian i menu kanapkowe. 
Co mi się nie podoba? Przyzwolenie na sztuczne słodziki, kostki rosołowe i menu rozpisane na 3 posiłki - można je jednak rozłożyć na więcej. Nieco dziwne śniadania, np. słodka bułka i gorąca czekolada. Myślę, że byłabym po nich szybko głodna, ale z drugiej strony doświadczenie dr Cohena wskazuje, że można chudnąć i jednocześnie jeść takie niedietetyczne rzeczy, jeśli wszystko się odpowiednio zbilansuje.

Ciekawe zakończenie książki stanowi "przewodnik" po lżejszych propozycjach w kartach restauracji serwujących kuchni z różnych stron świata. Zastanawia mnie tylko, jak miałabym zamówić akurat 115 g mięsa - ni mniej, ni więcej...

Podsumowując, "Paryską dietę" polecam osobom, które chciałyby chudnąć, a jednocześnie mają ochotę na finezję w kuchni. Ja zaznaczyłam już kilka przepisów, które chcę wykonać w najbliższym czasie, korzystając z jeszcze wybornych pomidorów, taniej cukinii etc.

Za przekazanie książki do recenzji bardzo dziękuję sympatycznym pracownikom Domu Wydawniczego Rebis.


Więcej o Jean-Michel Cohenie i książce "Paryska dieta":
1. O procesie z Dukanem.
2. Fanpage książki na facebooku, na którym aktualnie trwa konkurs.
3. Wzór na Właściwą Wagę.
4. theparisiandiet.com

CZYTAJ DALEJ
13 sie 2013

"Lekcje Madame Chic" - recenzja


 
Bawiłyście się kiedyś w damy? Szykowny strój, proste plecy, delikatna filiżanka lub kieliszek w  dłoni, rozmowy o kulturze- wiecie, co mam na myśli.

A czy spotkałyście kiedyś damę? Dla mnie taką osobą była zawsze babcia od strony mamy. Malująca się przy małym lusterku w kuchni, chodząca wieczorem w podomce ze śliskiego materiału lub czerwonego aksamitu. Sięgająca po małe kawałeczki ciasta wypielęgnowaną dłonią z zawsze (!) długimi paznokciami. Przez większość życia otyła, ale zawsze zadbana - nawet do szpitala wozi szminkę, a raz zażyczyła sobie manicure :) 

Dla Jennifer L. Scott, autorki bloga The Daily Connoisseur wzorem damy była Madame Chic, która gościła ją podczas wymiany studenckiej w Paryżu. Umiejętność pięknego życia zawdzięcza też w dużej mierze innej Francuzce - Madame Bohemienne. Po nazwiskach tych kobiet, które są oczywiście pseudonimami, można z dużym powodzeniem przewidzieć, czym cechowały się owe damy. Przedstawię Wam ich krótkie charakterystyki.

Madame Chic - perfekcyjna pani domu, bynajmniej nie w sensie pejoratywnym. Gdy truskawki na Twojej tarcie utworzą artystyczny nieład, wykrzyknie: "Non! Truskawki układa się z pomysłem, symetrycznie, koncentrycznie. Avec precision!". Zawsze - nosi elegancką garderobę. Nigdy - nie je przed telewizorem, ani tym bardziej w metrze.

Madame Bohemienne - organizatorka przyjęć z udziałem artystów, jazzem i słynnymi koktajlami. Ubrana "z nutką dekadencji", choć zawsze zadbana.

To co łączy te obie kobiety to bycie koneserkami. Codzienności. Chwil. Sztuki. Jedzenia. Ubioru. "Lekcje Madame Chic" to książka mająca na celu pokazanie, jak samemu można stać się taką osobą. Podzielona jest na trzy części: "Dieta i aktywność fizyczna", "Styl i uroda" oraz "Jak żyć z klasą".
Dla tematyki mojego blogu szczególnie interesująca jest część pierwsza.

źródło



Przyznam, że fascynuje mnie francuski paradoks polegający na tym, że Francuzi jedzą tak smakowicie (ich kuchnia jest przecież uważana za najlepszą na świecie) - pyszne tarty, creme brulee, pełnotłuste sery, masło i śmietana dodawana do prawie wszystkiego - a jednocześnie zachowują prawidłową wagę ciała* (pisałam też o tym tutaj). Co jest sekretem francuskiej diety? W pewnym sensie autorka książki (Amerykanka) odpowiada pytaniem na pytanie: "Czy Twoje podejście do jedzenia nie jest lekko neurotyczne?" Jak wynika z kartek tej książki modelowy Francuz nie je z nudów, pod wpływem stresu i emocji takich jak lęk, gniew, smutek, poczucie winy. Przeciwieństwem neurotyczności jest zrównoważenie emocjonalne, więc można uznać, że ich sposób jedzenia jest... zdrowy. Jennifer L. Scott pisze o takich cechach, jak:
  •  pozytywne nastawienie
  •  pasja do dobrego jedzenia - pod względem smaku i jakości
  •  uważność
  • szacunek do samego siebie (wyrażany np. poprzez formę podania posiłku)
Na koniec kilka cytatów:
 "Informowanie współbiesiadników o swoich nerwicach związanych z jedzeniem jest niezbyt chic."
"Kiedy jesz, jedzenie powinno pochłaniać całą twoją uwagę. Przecież w ten sposób wprowadzasz coś do swojego organizmu. Powinniśmy to robić kulturalnie i z szacunkiem dla samych siebie. W metrze jest to niewykonalne. Jeśli już musisz podjadać, rób to w sposób opanowany i elegancki."

"Potrafiłam docenić kunszt madame Chic i delektować się przygotowywanym przez nią jedzeniem. Gdybym zaspokoiła swój apetyt, dogadzając sobie wcześniej krakersem czy cukierkiem, taki efekt byłby niemożliwy. Kto by chciał pozbawiać się przyjemności zjedzenia soli z sosem beurre blanc, młodymi ziemniaczkami i fasolką szparagową, opychając się chlebem przed kolacją? Ja na pewno nie!"
"Podjadanie to przeciwieństwo szyku. W Paryżu coś takiego po prostu nie uchodzi."
"Bycie smakoszem to niezła zabawa, która może się stać dobroczynnym hobby."
Można powiedzieć, że w tych słowach nie ma nic odkrywczego. Cała ta książka nie pokazała mi jakiegoś nieodkrytego lądu czy rzeczy, o których jeszcze nie słyszałam. Wiele z nich nawet praktykuję! Ale w wspaniały sposób karmi mój własny francuski mit i z pewnością sięgnę jeszcze po nią nieraz. Szczerze, to kupiłam ją po przeczytaniu fragmentu umieszczonego na stronie wydawnictwa. Jak można zauważyć, narracja książki sprawia, że czyta się ją jak opowiadania.

Jako podsumowanie napiszę, że "Lekcje Madame Chic" to książka, którą na pewno wręczę mojej ukochanej chrześnicy, gdy będzie trochę starsza. Jest ona idealna także dla wszystkich kobiet, którym imponuje bycie damą :)

Jeśli czytałyście tę książkę - jakie są Wasze wrażenia? Czy macie ochotę po nią sięgnąć?

* Średnie BMI mieszkańców Francji to 24,5. Polaków- 25.1 Statystyczna Francuzka ma BMI 23,9, Polka- 24,8. [źródło]

CZYTAJ DALEJ
24 lip 2013

W zakładkach (10), czyli mniej lub więcej o odchudzaniu

Dziesiąta, czyli wręcz jubileuszowa edycja zakładek. Według mnie wyjątkowa- poczytajcie same!

1. Choć przez długi czas nie interesowałam się treningami Ewy Chodakowskiej, to jednak spróbowałam "skalpela" i podoba mi się. Znalazłam bardzo wartościowy wpis o błędach, jakich należy unikać podczas wykonywania tego programu ćwiczeń. 

2. Lista 10 przekrętów w produktach spożywczych. Większość z nich znałam, ale motyw z literą "E" w nazwie "mleka", która naprawdę jest "Y", gdyż jest to napój oraz z rzekomo zasłoniętym "E" w miksie tłuszczowym udającym masło naprawdę sprawia, że trudno nie złapać się za głowę!

3. W nawiązaniu do mojego poprzedniego wpisu, a konkretnie punktu 7- lista małych grzeszków do ok. 100 kcal. Ja jestem gorącą zwolenniczką takiego podejścia, aby przyzwolić sobie na małe co nieco podczas diety. Wtedy nasz rozumek nie będzie- jak dziecko, któremu coś się zabrania- dążył do ominięcia zakazu "za naszymi plecami" ;)

4. Jak hodować zioła w domu- wpis, który zainspirował mnie do założenia swojej małej hodowli na balkonie. Póki co głównie reanimuję bazylię i rukolę, które poprzesadzałam do większych doniczek- zobaczymy co z tego wyrośnie! Tutaj jeszcze więcej na ten temat.


5. Zwariowana reklama zachęcająca do ćwiczeń. Niech jakiś fitness klub się nią zainspiruje- ale byłaby frajda!

6. Z kamerą wśród... kobiet! Pewnie większość z Was widziała już kolejną z serii reklam Dove zachęcająca do uwierzenia w swoje piękno. Reakcje tych kobiet przypominają mi pewne wakacyjne filmiki... Będę uważać, żeby nie robić takich cyrków ;)



7. Często składając życzenia piszę: wszystkiego wystarczająco dobrego. Bo nie musi być najlepsze, idealne. Kiedyś miałam do wielu rzeczy takie podejście, że albo wszystko zgodnie z planem, albo wcale. A z takim podejściem to trudno jest wiele osiągnąć,cieszyć się małymi rzeczami... Ogromnie wartościowy wpis - dla mnie- na blogu Sieczkarnia.

8. Upały nie odpuszczają. I bardzo dobrze! Ale wiemy, że trzeba się odpowiednio nawadniać. A co to znaczy "odpowiednio"? Rzetelny artykuł na ten temat wszystko wyjaśni i obali pewne mity.

9. Lato w pełni, a wraz z nim bogactwo owoców i warzyw... Do tego próbowanie egzotycznych rzeczy na wyjazdach... Nie zawsze wiadomo, jak się zabrać do ich krojenia, więc z pomocą może przyjść ten przewodnik.  Szczególnie podoba mi się sposób na mango!

10. I na koniec trochę sztuki... Projekt Art Food. W jego ramach polscy i angielscy studenci przyjrzą się kulturowym aspektom spożywania posiłków oraz sposobom podawania jedzenia w zależności od smaku i sposobu przygotowywania oraz zaprojektują ceramiczne naczynia "łączące sztukę i wiedzę humanistyczną"- brzmi intrygująco. Och, chciałabym mieć taką porcelanę jak na tym i tym zdjęciu!



CZYTAJ DALEJ
17 lip 2013

Jak przetrwać pierwsze dni na diecie?

Źródło zdjęć: pinterest.com

Nie chcę się gęsto tłumaczyć, ale ostatnio zaniedbałam swoje dążenia do osiągnięcia mojej wymarzonej wagi. Przytyłam ok. 2 kg i z pewnością nie są to mięśnie, bo bardzo rzadko ćwiczyłam... Na dodatek najbliższe miesiące nie zapowiadają się zbyt sympatycznie, bo będę przygotowywać się do egzaminu magisterskiego i może czekać mnie trudny czas związany z chorobą mojej Babci. Stwierdziłam jednak, że byłoby kompletnie bez sensu, gdybym odłożyła to na jakiś lepszy czas, bo po pierwsze to jest to trochę wymówka... Po drugie to czekanie na odpowiedni moment życia może trwać w nieskończoność, a po trzecie... mogę zaprzepaścić to, co już osiągnęłam. Wiem, że odchudzanie bywa jak sinusoida i podstawą jest ciągle wracać na dobrą drogę. Przygotowuję sobie jadłospisy z wyprzedzeniem, przedłużyłam karnet do fitness klubu, ćwiczę w domu. Będzie dobrze :) A tymczasem dzielę się z Wami  kilkoma sposobami, aby nie przerwać diety po pierwszych kilku dniach. Bazują one na moich doświadczeniach z początku odchudzania, jak i ostatnich dni.

1. Pierwsze dni swojego nowego stylu życia zaplanuj na wolne dni.

Aby schudnąć, trzeba wytworzyć w organizmie ujemny bilans energetyczny, czyli- dostarczać mu mniej kalorii i/lub więcej spalać (jak obliczyć swoje zapotrzebowanie pisałam tutaj). Jedząc odpowiednio nie czuję dojmującego głodu, ale... jestem osłabiona. Działam po prostu na "zwolnionych obrotach". Dlatego radzę, aby te pierwsze dni diety zaplanować raczej na weekend, niż na poniedziałek. Oczywiście fajnie by było, gdyby w tym czasie móc oddawać się słodkiemu nicnierobieniu (zamiast smakołykom), ale oczekując na odpowiedni czas mógłby on nigdy nie nadejść. Jednak warto zaplanować, aby w tym początkowym okresie móc trochę zwolnić, mieć więcej czasu dla siebie. 

2. Wysypiaj się.

Brzmi okropnie banalnie, wiem. Ale- czy graliście kiedyś w The Sims? Ludziki, którymi tam się steruje mają takie wskaźniki energii. Podczas snu one wzrastają, a w ciągu dnia stopniowo opadają. Jeśli podczas diety odchudzającej dostarczamy organizmowi mniej kalorii, niż wynosi nasza Całkowita Przemiana Materii (patrz punkt 1 i podany w nim link), to nasz wskaźnik energii opada szybciej. A gdy na wstępie, czyli po wstaniu z łóżka nie jest on uzupełniony na 100%, to trudno się dziwić, że chcemy przywrócić sobie chęć do życia czymś wysokoenergetycznym...

3. Poćwicz trochę.

W stosunku do poprzednich dwóch punktów to dość paradoksalna rada, ale u mnie to się sprawdza. Jeśli poziom wysiłku fizycznego jest dostosowany do naszych możliwości (lub poprzeczka jest- dla motywacji- postawiona troszeczkę wyżej) to ruch daje poczucie satysfakcji, przyjemności. Ja bardzo nie lubię ćwiczyć, gdy czuję jeszcze coś w brzuchu. A biorąc się za taki np. skalpel ok. 22 lub idąc na zumbę przed kolacją całkowicie bezboleśnie mogę przeczekać czas, gdy chętnie bym już coś przekąsiła.

4. Przygotuj rozrywki, przy których zapomnisz o jedzeniu.

Ja polecam zawsze mieć przy sobie książkę. Najlepiej taką, od której czytania trudno się oderwać. Wtedy łatwiej jest przeczekać czas do kolacji lub to słynne 20 minut po posiłku, kiedy to nasz mózg przyswoi sobie informację, że żołądek ma co trawić i wcale nie trzeba mu już nic dokładać. Inną rozrywką mogą być filmy lub seriale- tylko nie oglądaj ich podczas jedzenia (dlaczego? Tutaj więcej na ten temat.)

5. Ogranicz spotkania towarzyskie

Takie rada może bulwersować, ale wiem, że nie tylko ja tracę głowę, gdy przede mną leżą jakieś pyszności lub gdy w kawiarni wszyscy zamawiają wielkie lodowe desery...  Istnieje też niebezpieczeństwo, że stwierdzisz "Ok, przecież jak zacznę jednak od jutra to wyjdzie na to samo. Przecież dopiero zaczęłam". I wiecie, gdy zmiany w nas zaczynają być dostrzegane przez otoczenie, wtedy łatwiej- przynajmniej dla mnie- zdecydować się na samą kawę/herbatę lub coś lekkiego. Wtedy wiadomo, dlaczego i w jakim celu to robię. Zawsze też można poszpanować silną wolą ;)
Ja na samym początku odchudzania prawie nikomu o tym nie mówiłam, bo nie chciałam być potraktowana jako ta, co "wiecznie na diecie, ale nigdy nie chudnąca". Wolałam dać sobie to poczucie bezpieczeństwa, że jak nie dam rady, to nie stracę przy tym "twarzy". Wiem, są osoby, które gdy tylko się do czegoś publicznie zobowiążą, to dotrzymają danego słowa, ale u mnie- zwłaszcza w kwestii odchudzania- wywołuje to raczej negatywne emocje. Dlatego na początku odchudzania polecam spotkania:
a) daleko od pokus,
b) w zaufanym gronie, gdzie można bez skrępowania i tłumaczenia się jeść zgodnie z zaleceniami dietetycznymi,
c) wśród osób, które wspierają Twoje dążenia (lub którym jest to obojętne).
d) a, b i c :)

6. Przygotuj sobie lekkie przekąski.

Gdy czujesz burczenie w brzuchu, lekkie zawroty głowy i inne oznaki głodu- nie katuj się i zjedz coś małego. Podobno potrzeba 10 dni [1], aby żołądek przystosował się do zmniejszonych porcji i obkurczył się. Poza tym organizm też jest w lekkim (albo nawet ciężkim) szoku na serwowane mu zmiany i tak jak odstawiający mają swoje tabletki na głód nikotynowy, tak odchudzający się mogą mieć swój głód cukrowy lub tłuszczowy. Ja piję wtedy sok pomidorowy albo wielowarzywny, jem surowe warzywa- to wszystko ma po ok. 25 kcal w 100g/ml, więc malutko. Gdy to nie wystarcza- orzechy (garść).  Dwie ważne kwestie: trzeba reagować "w porę", zanim jeszcze takie przekąski powstrzymają Cię przed czymś kalorycznym. Druga, wynikająca z mojego doświadczenia jest taka, że najlepiej gdy będą to pokarmy o niskim indeksie glikemicznym (tutaj wyczerpujący artykuł na ten temat). Po zjedzeniu czegoś słodkiego- nawet małego!- szybko dodamy sobie energii, ale po chwili ona spadnie i znowu będziemy głodni.

7. Miej coś małego na "czarną godzinę"

Zakazany owoc kusi najbardziej. Innymi słowy- jeśli wiesz, że czegoś nie możesz, to Twoje myśli zaczną wokół tego krążyć. Ja wolę mieć jakiś mały smakołyk w zanadrzu- najlepiej pojedynczo zapakowaną pralinkę kupowaną na sztuki lub na wagę i wiedzieć, że MOGĘ ją zjeść. Ale czy naprawdę mam dobry powód aby ją teraz zjeść? Czy jestem w stanie przesunąć to na później?

I jeszcze jedno- 8. Wakacje to idealny czas na rozpoczęcie zmiany stylu życia!
  • Gdy jest ciepło, organizm nie potrzebuje wydatkować dodatkowej energii na ogrzanie się, jak podczas mrozów. A jak jest upał to wystarczają głównie zimne napoje :)
  • Czas wolny można spędzać o wiele aktywniej, niż w zimie- na pieszych wycieczkach, spacerach, pływaniu w morzu/jeziorze, jeżdżąc na rowerze, grając w badmintona etc.
  • W warzywniakach, na targach można kupić sezonowe, stosunkowo tanie, pełne smaku owoce i warzywa, których jest po prostu mnóstwo i czasem ciężko się zdecydować- "Dzisiaj maliny czy borówki? Cukinia czy fasolka?".

Jakie są Wasze sprawdzone sposoby? Co byście dodały/-li do tej listy?

[1] Dąbrowska- Górska, B., Jarzynka, M., Sypnik- Pogorzelska, E.(2012) Dziennik diety. Gliwice: Wydawnictwo Helion
CZYTAJ DALEJ
12 lip 2013

Fit ball, czyli zabawa na okrągło

FIT BALL - Trening z wykorzystaniem gumowej piłki o średnicy 55-65 cm zaliczający się do grupy ćwiczeń równoważnych. Zajęcia prowadzone w bardzo energetyczny sposób gwarantują dobrą zabawę i smuklejszą sylwetkę. Oprócz tradycyjnego wzmacniania poszczególnych partii mięśniowych praca z piłką uruchamia pracę mięśni głębokich kształtując zdolność utrzymania równowagi i balansu. Trening przeznaczony dla wszystkich bez względu na wiek i kondycję fizyczną. [źródło]

Gdy powiedziałam mojej koleżance, że po zajęciach na wielkich gumowych piłkach bolą mnie wszystkie mięśnie korpusu, to była zdziwiona- "Myślałam, że to zajęcia dla kobiet w ciąży". Szczerze- ja też spodziewałam się,  że przez całe zajęcia będziemy rozciągać kręgosłup na piłce i wzmacniać miednicę. Teraz jednak- po dwóch zajęciach- uważam, że dzięki takim ćwiczeniom można pięknie wyrzeźbić mięśnie przy dużej dawce zabawy.

Jak wyglądały zajęcia?
 
Na początku rozgrzewka- oczywiście na piłkach. Podskoki, kołysanie się itp. Do tego dołączane były różnego rodzaju wymachy nóg i rąk. Później płynnie przeszłyśmy do ćwiczeń wzmacniających. Przy niektórych ćwiczeniach piłka była wykorzystywana jako "podpora" pod ręce, uda lub łydki, co zmuszało do intensywnej pracy mięśni by zachować równowagę. Część z nich wykonywanych jest na matach, zwłaszcza na mięśnie brzucha. Piłka była także wykorzystana przy rozciąganiu wszystkich pracujących grup mięśni- nawet ramion!

Moje wrażenia

Przede wszystkim te zajęcia były bardzo energetyczne i 55 minut mija w mgnieniu oka. Ważna informacja dla miłośników zumby- na fit ball podobało mi się prawie tak samo! Szczerze- cieszyłam się jak dziecko z tego gibania! Mięśnie pracowały, ale w sumie tak "mimochodem". Instruktorka prowadziła zajęcia w sposób, jaki lubię najbardziej- motywowała, żartowała, ale też zwracała uwagę na prawidłowe wykonanie ćwiczeń i mówiła jakie mięśnie pracują. Uwzględniała też różnice w poziomach zaawansowania przy pewnych typach ćwiczeń. Ogromnym plusem tych zajęć była dla mnie praca na mięśnie brzucha- mam je bardzo słabe, a ćwiczenia z piłką- mimo, że męczące- były też przyjemne! Miałam wrażenie, że uruchamiały jakieś głębokie pokłady mięśni, których nigdy w życiu nie czułam :)  Zgodnie ze skojarzeniem, piłka jest świetnym przyrządem do rozciągania- miałam wrażenie, jakbym poluzowała wszystkie kręgi w kręgosłupie.
Istotnym elementem, który sprawiał, że jeszcze bardziej chciało mi się ćwiczyć była muzyka- oczywiście taka nieco umc umc umc- ale z zmiksowanymi piosenkami np. Florence and the Machine, Depeche Mode, U2. Bardzo mi się to podobało!

Podsumowując, z zajęć fitball byłam ogromnie zadowolona. To naprawdę niezły wycisk dla mięśni, a jednocześnie duża dawka zabawy. Na pewno jeszcze nie raz pojawię się na tych zajęciach!

A to moja własna zielona piłka!

 Kto z Was był na takich zajęciach? Lubicie ćwiczenia z piłką?
CZYTAJ DALEJ
16 cze 2013

W zakładkach (9), czyli mniej lub więcej o odchudzaniu

"W zakładkach", czyli cykl zawierający linki do miejsc w sieci, które zdecydowanie warto odwiedzić. Przyznam, że bardzo lubię go tworzyć, bo motywuje mnie on do rozwoju zainteresowania zdrowym odżywianiem, zjawiskami związanymi z odchudzaniem, kulturą jedzenia etc. Zapraszam do poczytania :)
  1. Sugar blues, słodka niewola- brzmi miło. Ale "uzależnienie od słodyczy" już nie bardzo... Ciekawy felieton na ten temat. 

  2. Książka autorki powyższego felietonu- bardzo zachęcający opis, chcę ją przeczytać!

  3. A tutaj jeszcze, w jaki sposób opanować przejadanie się- krótka animacja. Uwaga! Jej twórcy odpowiadają na przeróżne intrygujące pytania, w których można przepaść na długi czas! 

  4.  
  5. Przyznam, że uwielbiam tego typu projekty, jak ten z okazji 10-lecia Dojrzewalni Róż- 20 dni, a każdego z nich... 10 kroków do spełnienia różnych potrzeb, które mają kobiety :) 

  6. Zdjęcia przedstawiające rodziny pochodzące z różnych zakątków świata (jest też Polska) wraz z ich... tygodniowymi zakupami spożywczymi. Mówią one wiele o zamożności i zwyczajach żywieniowych. 

  7. (...) [N]arzekanie na swoją figurę bywa postrzeganie jako sposób na wzmocnienie więzi społecznych, lecz kobiety, które źle mówią o sobie są... tutaj więcej na ten temat

  8. Opakowania produktów spożywczych- bardzo kreatywne!

  9. Słodycze na diecie- wyrzec się całkowicie, czy pozwolić sobie od czasu do czasu- tu wyniki badań w tym temacie. Na podobny pisałam też tutaj :)

  10. Wielu z Was z pewnością zna i lubi portal ile waży.pl, ale od niedawna jest dostępna na nim nowa funkcjonalność- dziennik! Nie znam drugiego internetowego dziennika kalorii, z którego korzysta się tak wygodnie :)

  11.  A to Ci ciekawostki! Pamiętam, że gdy piłam z niej sok codziennie to koleżanka zapytała mnie w zimie, czy chodzę na solarium :)


Co Was najbardziej zainteresowało, zaintrygowało, a może zdenerwowało? 
Jakie informacje przydadzą Wam się w odchudzaniu?
CZYTAJ DALEJ
TOP