20 lut 2013

O kryzysie w odchudzaniu

Tekst napisany na początku stycznia: Ostatni raz powitałam utracony kilogram 10 czerwca. Najlepsze wyniki pod względem zawartości tłuszczu, wody i mięśni w organizmie wskazał odczyt na wadze 1 sierpnia (waga w tym czasie pozostała ta sama). Niestety… Od tego czasu nie schudłam nic. I gdybym przez te pół roku utrzymywała tę samą wagę i wyniki, byłoby w porządku. Ale przez listopad i grudzień przybrałam 1,5 kg. Głównie z powodu naprawdę dużej ilości okazji do świętowania z ciastkiem i kieliszkiem w dłoni, ale to włączyło mechanizm swoistego błędnego koła. Powoli zaczęłam przestawać się stosować do wypracowanych zachowań umożliwiających mi skuteczne odchudzanie. Tłumaczyłam to stresującymi wydarzeniami, zimą, zjawiskiem plateau...  Ale - co najgorsze (!!!)- miałam kilka epizodów takiego zachowania, jakiego się pozbyłam na przynajmniej 6-7 lat. Czyli: jedzenia wtedy, gdy nie jestem głodna, lecz dlatego, że „teraz wypada godzina obiadu/kolacji”, podjadania między posiłkami, zastępowanie ich słodyczami; jedzenia na noc (oczywiście nawet odchudzając się skutecznie jadłam podczas spotkań towarzyskich w nocy, ale ostatnio zdarzyło mi się jeść samej nawet ok. 23) i absurdalnego stosowania się do reguły „wszystko albo nic”… Nie ma co rozpaczać, najważniejsze są wnioski, jakie mogę wyciągnąć z tej sytuacji…

Dzisiaj mogę napisać, że pokonałam kryzys. Odrobiłam straty (a raczej nadwyżkę) i pozbyłam się 14 kilograma. Co mi pomogło w pokonaniu kryzysu? 
  •  Rozpoczęłam zapisywanie wszystkiego, co jem. Na początku prowadziłam nawet osobnego bloga, na którym każdy mógł kontrolować moje zapiski. Po jakimś czasie zaczęło mnie to bardzo deprymować, bo nie dość, że inni mogli śledzić moje wpadki to jeszcze nie przynosiło to żadnych efektów. Dlatego zamknęłam tego bloga i powróciłam do pisania w pliku Excela. Ale dzięki temu… 
  •   Zwróciłam uwagę, jakie błędy popełniam. Czyli po prostu zidentyfikowałam te zachowania, które zaznaczyłam powyżej na czerwono. 
  •  Przypomniałam sobie, jakie zachowania sprzyjały mi w traceniu wagi i postanowiłam na nowo je wdrożyć. Ten proces trwa nadal, ponieważ moja motywacja do odchudzania spadła w porównaniu do jej poziomu na początku, ale o tym napiszę kiedy indziej. Jednak na nowo udaje mi się postępować zgodnie z wypracowanymi wcześniej regułami, czyli:
o  Intensywnemu zastanawianiu się, jakie stany emocjonalne mną kierują, gdy mam ochotę na coś słodkiego i radzeniu sobie z nimi w inny sposób (np. z pomocą moich pięciominutowych przyjemności i szuflady pokrzepienia).
o   Odwoływaniu się do mojego sumienia (lub- jak kto woli- super ego), czyli „Beato, czy nie za dużo tych przyjemności w Twoim życiu?” i- w skrajnych przypadkach- „Co bym pomyślała o sobie, gdybym popatrzyła na siebie w lustrze/ z zewnątrz.*”
o   Dozowaniu sobie przyjemności w rozsądnych dawkach- jak film, to bez przekąsek; jak miłe spotkanie w kawiarni, to bez zamawiania połowy menu (żarcik ;) ), tylko zadowalanie się czymś jednym i/lub kawą, herbatką.
o Kompensacji, czyli: gdy już zaliczyłam jakąś wpadkę, to jadłam mniej podczas kolejnego posiłku, rezygnowałam z węglowodanów, biegałam po zajęciach z zumby jeszcze trochę na bieżni lub chociaż starałam się więcej ruszać podczas dnia.
o   Pilnemu przestrzeganiu jadłospisu od dietetyka.
  • Zaczęłam doceniać moje małe sukcesy. Mimo, że udawało mi się przestrzegać wszystkich reguł i dietetycznych zaleceń to zależało mi przede wszystkim na przeciwstawieniu się żałosnemu postępowaniu w stylu „wszystko, albo nic”. Choć może waga nie odnotowywała moich małych zwycięstw nad sobą, to chciałam, aby to, że zamiast lodów z chałwą i karmelem zamówiłam cappuccino jakoś się „liczyło”. Formułowałam je więc w zdania i sobie „zapisywałam” w głowie. Teraz zamierzam odnotowywać je w jakimś małym notesiku. 
  • Kupiłam karnet open do klubu fitness. Pewnej nocy miałam sen. Byłam na zumbie i czułam się tak niesamowicie szczęśliwa! Po obudzeniu stwierdziłam, że już dłużej nie wytrzymam bez niej, bo straciłam zapał do ćwiczeń w domu, a po drugie- one nie dawały mi aż takiej radości. To był punkt zwrotny. Uruchomił się- tym razem na moją korzyść- samonapędzający się mechanizm. Czuję się wspaniale dzięki zumbie, a gdy coś jest nie tak- ratuję się dawką endorfin na zajęciach!
Chcę jeszcze napisać o dwóch kwestiach. Naprawdę doświadczyłam magii intensywnych ćwiczeń! Bo choć nie ważyłam się, aby się nie dobijać, to zauważyłam, że moje ubrania stają się luźniejsze. Byłam przekonana, że się po prostu porozciągały. Ale okazało się podczas zakupów, że bez problemu mieszczę się w mniejszy rozmiar- w dodatku ubrań tej samej firmy. Więc choć ważę tylko kilogram mniej, to w obwodzie bioder schudłam rozmiar. A powrót do 40-stki to zawsze radość!


Druga kwestia: nie jest łatwo pozbyć się takich zachowań, które uskuteczniałam przez wiele lat. Ten kryzys uświadomił mi, że nie bez powodu wielu ludzi doświadcza efektu jojo i nie warto osiadać na laurach, bo bardzo szybko można zaprzepaścić swoje osiągnięcia. 

Czy Ty również doświadczyłaś/łeś kryzysu w odchudzaniu? Jakie są Twoje sposoby na wyjście z niego? A może nadal nie możesz sobie z nim poradzić- co Ci najbardziej przeszkadza? Jestem bardzo ciekawa Twojego zdania :)

*Wyniki pewnego eksperymentu (jak odnajdę nazwiska badaczy to uzupełnię) potwierdziły, że dziewczęta, przed którymi leżała patera z słodyczami do częstowania się, zjadły ich mniej gdy były w sali z lustrami.

10 komentarzy

  1. mam teraz kryzys. nie walcze z nim..czekam aż energia przyjdzie...wiem,że wróci..do tego czasu nie obżeram się, po prostu nie ćwiczę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli zachowujesz umiar w jedzeniu to i tak jest dobrze :) Zaprzestanie ćwiczeń nie jest dobre, bo przede wszystkim odbieramy sobie to cudowne uczucie po wykonaniu ich. Ale wiem, że często nie ma się siły, energii lub czasu na nie... W takim razie mam nadzieję, że Twoja energia szybko wróci!

      Usuń
  2. od ponad 50 dni nie miałam zadnego kryzysu i nie moge dopuscic aby taki sie pojawil bo wiem ze byłoby mi trudno sie ponownie podniesc ; NIE ODPUSZCZE sobie !!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozbywając się dużej nadwagi (co trwa odpowiednio długo, choć może nie aż tak długo, jak u mnie) chyba nie sposób uniknąć kryzysu. I nie uważam, że to złe. Jak wiadomo- co nas nie zabije, to wzmocni. Nie wiem, ile Ty chcesz schudnąć, ale życzę, żeby jednak poszło gładko. I trzeba pamiętać, że drobne wpadki to nie jest jeszcze "kryzys" :)

      Usuń
  3. Absurdalna reguła "wszystko albo nic" sprawiła, że nie ważę teraz kilka kilogramów mniej a powinnam. Staram się z tym walczyć, bo takie myślenie potrafiło przekreślić tygodnie a nawet miesiące pracy nad sobą.

    OdpowiedzUsuń
  4. dziękuję za ten post. Ja właśnie stoję w miejscu od bardzo długiego czasu już, nie moge się ciagle pozbierac i na nowo wrocic do diety...

    OdpowiedzUsuń
  5. czyli potwierdza się zasada, że nie warto się ważyć, a jedynie mierzyć - motywacja wtedy rośnie i zniechęcenie mija :D
    ja będę się mierzyła na koniec lutego, ciekawe co miarka pokaże ;p

    OdpowiedzUsuń
  6. myślę, że każdy ma takie kryzysy:)wtedy dobrze chociaż stać w miejscu:)nie mam recepty jak przejść przzez coś takiego:)uspokoić się, przemyśleć....ciekawy post:*

    OdpowiedzUsuń
  7. bardzo fajny post..! ja mam małe kryzysy co 3-4 dni, kiedy sobie odpuszczam zjem trochę czekolady, kawałek pizzy, ciastka, etc, przybieram pół kilo... potem szybko wracam "do gry" (jak ja to mówię). Wiąże się to z niezadowoleniem z tego, że tak wolno mi idzie odchudzanie. Nie mam przez to spektakularnych efektów, jak inne dziewczyny, ale cieszy mnie każdy kilogram w dół...
    Rewelacyjne porady w poście 5 minut... Muszę dokładnie pomyśleć, co sprawia mi większą przyjemność od jedzenia i używać tego do pocieszania/nagradzania siebie zamiast... Przyda mi się taka wycieczka w głąb siebie. Bardzo lubię działać świadomie, widzę, że Ty jesteś ekspertem! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja obecnie tkwię w kryzysie. Jestem chora, zmęczona, i w marudnym nastroju. Ale w przyszłym tygodniu zabieram się za odrabianie nieobecności na treningach, więc będzie ich więcej, w końcu napompuję swoją piłkę do ćwiczeń i postanowiłam kupić nowy notes. Mi notowanie też bardzo pomaga. Takie skrupulatne rozliczanie się ze samym sobą. Więc teraz przez weekend się kuruję, a potem wracam do pracy.
    Gratuluję mniejszego rozmiaru ! :)

    OdpowiedzUsuń

TOP