27 wrz 2013

Stylizacje "plus size"

Zacznijmy od tego, że generalnie nie lubię określeń stylizacja ani plus size ;) 

Stylizacja kojarzy mi się z czymś sztucznym, ale nie znajduję innego zgrabnego określenia o tym znaczeniu w języku polskim.

Z określeniem plus size utożsamia się zarówno rozmiar 38, jak i 48. Według mnie powinno ono dotyczyć rozmiaru 44 i wzwyż. 38, 40, 42 to dla mnie normal size

Rozmiar 34 nie oznacza, że osoba go nosząca ma niedowagę - może być drobnej budowy ciała i/lub niskiego wzrostu, więc tak samo i 40-42 to nie rozmiar oznaczający nadwagę! Wiem, że niektóre osoby mówiąc, że noszą taki rozmiar zachowują się tak, jakby było aktem heroizmu przyznać się do niego lub... powodem do wstydu. Ja oczywiście też tak miałam i miewam. A uważam, że nie powinno to wywoływać żadnych kompleksów. I chciałabym, aby firmy odzieżowe prezentowały swoje kolekcje na kobietach w rozmiarze 38-40. I wykazywały się w sztuce krawiectwa, projektując rzeczy tak, aby np. nie "podcinały" pupy, nie podkreślały wystającego brzucha lub nie napinały się na biuście, gdy reszta pasuje.

Tymczasem chciałabym pokazać Wam ładne - w mojej opinii - stylizacje w rozmiarach (na moje oko) od 38 do 44. Kolekcjonowałam je przez dłuższy czas, zapisując takie, które mi się spodobały i uznałam, że warto je zebrać na blogu. Myślę, że można się nimi co nieco zainspirować i ubierać tak, aby czuć się świetnie - nawet, jeśli dąży się do szczuplejszej sylwetki.


Zestaw bardzo w moim stylu - czerwień, paski, spódnica ołówkowa i bluzka wpuszczona do środka. Kiedyś byłam przekonana, że wąskie spódnice zarezerwowane są tylko dla bardzo szczupłych bioder. Teraz uważam, że im mniej materiału faluje dookoła nich, tym wygląda się lepiej. 
źródło

Choć ja zwykle spodni nie noszę, to ten zestaw bardzo mi się podoba. Szaro, ale nie nudno. Luźniejsza tunika ukrywaja górną część ud podkreślaną przez rurki, ale za to krótka kurtka podkreśla szczupłą górę. Buty z niską cholewką odsłaniają zgrabne łydki, dodatkowo podkreślone przez wąskie spodnie. 


Bardzo łaskawa dla figury sukienka. Dekolt typu V, koronkowe rękawki wyszczuplające ramiona i zaszewki na brzuchu, które sprawiają, że ta mała czarna jest przy ciele, ale nie podkreśla brzucha. Co do butów, to generalnie jestem przeciwna paskom wokół kostek, szczególnie czarnym.

Urocza stylizacja! Uwielbiam tego typu dekolty i rękawki. Lubię długość za kolano, choć idealna to taka, która odsłania zwężenie łydki.

Nigdy nie nosiłam w ten sposób kardiganu, ale według mnie ubrany w taki sposób może dać podobny efekt jak sukienki, które mają ciemne wstawki po bokach i jasne w środku.

Po prostu - fajny jesienny zestaw. Choć ja ubrałabym do niego ciemne rajstopy. I nie tak mięsisty komin.

Co prawda ja nie lubię tak grzecznych dekoltów i wykończenia pod szyję, ale czasem taka sukienka może być konieczna. Widzicie, jak jej nogi są cudownie wydłużone dzięki butom w cielistym kolorze?

Kolorystyka tej stylizacji jest dla mnie przepiękna. I świetna długość spodni, która wyglądałaby równie dobrze z balerinami.
 

To jest dla mnie świetna sukienka na wesele. Szerokie ramiączka, dzięki którym można ubrać normalny biustonosz i swobodnie tańczyć. Zabudowany biust, lecz z kuszącym i dodatkowo wydłużającym szyję wycięciem. I ta talia -  idealnie podkreślona, a jednocześnie luźny dół zaczyna się już tam, gdzie może wystawać brzuch. I ten materiał, który subtelnie opływa biodra. Bolerko też jest fajne. I ponownie - beżowe buty. Żadne według mnie nie pasowałyby lepiej!

Jak Wam się podobają te stylizacje? Co sądzicie o elementach, na które zwróciłam uwagę?

Jeśli będziecie chciały, to mogę przygotować jeszcze jeden post w tym stylu :)

Źródła zdjęć: wszystkie są odnośnikami do stron, z których pochodzą. Choć zwykle jest to pinterest.com :)
CZYTAJ DALEJ
16 wrz 2013

W zakładkach (11), czyli mniej lub więcej o odchudzaniu

Porcja zakładek, którą chciałabym się z Wami podzielić w tym poście jest wyjątkowo artystyczna.  Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Miłego czytania!


1. Piękny rysunek, który chciałabym mieć w kuchni w wersji z polskimi napisami. Może ktoś mi narysuje? ;)

źródło
2. Warzywa + owoce + małe kubeczki + zmysł estetyczny = ... zobaczcie sami.

3.  I jeszcze trochę warzywno - owocowych pięknych obrazków.

4. W poprzednich "zakładkach" pisałam o ciekawym projekcie "The Art Food Project"- pod tym linkiem kryje się prezentacja części wykonanych naczyń. Mi nadal najbardziej podoba się zastawa wykonana przez Martę Szostek - kreatywne połączenie tradycyjnych form z czymś szalonym i umożliwiającym naprawdę piękne podanie potraw.


źródło
źródło
5. Pozostając w artystycznym temacie... zabawne badania nad wpływem rysowanego jedzenia na nastrój. Czegóż to nie wymyślą amerykańscy naukowcy :)

6. Czas pikników chyba już powoli się kończy, ale muszę Wam pokazać projekt, który mnie zachwycił: picnic box zawierający wszystko, co potrzebne, aby móc cieszyć się posiłkiem na świeżym powietrzu- biodegradowalne sztućce, kubki, koc. Trzeba tylko dokupić smakołyki :)
 
7. Ciekawy  post o tym, jaka może być wewnętrzna przyczyna niedoskonałości w różnych obszarach twarzy.  

8. Waga to najlepiej spada, ale ze schodów. Dopiero ostatnio dowiedziałam się, kim jest Katarzyna Bosacka i polubiłam ją. Zabawny tekst o tym, żeby się nie ważyć zbyt często. 

9. Artykuł o historii trenera fitness, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Oto, co oznacza stwierdzenie chcieć to móc i prawdziwa motywacja, która nie uznaje słowa niemożliwe.

10. Historia o dwóch mózgach, czyli- relacja między żołądkiem a mózgiem. Prosta infografika prezentująca krótko, jak ona działa.  

Two Brains, One Body: Your Gut and Your Mind
Explore more infographics like this one on the web's largest information design community - Visually.
 

CZYTAJ DALEJ
8 wrz 2013

Buty na zumbę - Nike Air Musio

Planując zakup butów na zumbę* poszukiwałam w internecie informacji, jakie modele są polecane i niestety nie dowiedziałam się zbyt wiele, więc pomyślałam, że podzielę się opinią o butach, które w końcu wybrałam - Nike Air Musio.

źródło


Zanim jednak przejdę do recenzji napiszę, w jakich butach ćwiczyłam wcześniej oraz o moich oczekiwaniach co do nowych. 
Otóż... wcześniej chodziłam na zumbę w trampkach Ecco Summer Zone. Kupiłam je w kwetniu 2009 roku i... po dziś dzień w nich chodzę. Szczerze - gdyby znowu produkowali je w całości czarne, to na pewno kupiłabym nową parę. Są to dla mnie najwygodniejsze i najtrwalsze trampki na świecie. Ich podeszwa jest bardzo miękka i elastyczna, na zewnątrz i od wewnątrz są wykonane ze skóry, dzięki czemu noga swobodnie oddycha.  

Dlaczego  kupiłam nowe buty? W sumie zmotywowało mnie do tego to, że buty te nie mają sztywnej cholewki i kilka razy moja noga się niebezpiecznie w nich wykręciła. Poza tym mają one skórzaną wkładkę, na której przy intensywnym tańcu moja stopa się ślizgała.  I byłoby w tym nieco hipokryzji, gdybym nie napisała, że chodząc często na zajęcia zaczęło mi zależeć na bardziej sportowym wyglądzie :)

Jakie były moje oczekiwania co do nowych butów na zumbę? 
  • podeszwa co najmniej tak dobrze amortyzująca, jak w poprzednich
  • sztywna cholewka i ogólnie, by but dobrze "trzymał" stopę
  • materiał przepuszczający powietrze
  • punkt obrotowy na podeszwie (bo słyszałam od instruktorki, że jest to przydatne) 
  • aby były ze skóry
  • cena w okolicy 250 - 300 zł
  • estetyka 
 Poszukiwania takich butów rozpoczęłam od wizażu i tym podobnych stron. Najwięcej dobrego przeczytałam o butach do fitnessu Nike'a, a zwłaszcza o modelu (nie pamiętam już nazwy), który jest już niedostępny w sklepach. Wśród jego odpowiedników znalazły się m. in. moje buty (Nike Air Musio), oraz Nike Musique VII. Te drugie widziałam na stopach jednej z instruktorek zumby i jeśli chodzi o wygląd to... podobają mi się o wiele bardziej od moich. Zdecydowałam się jednak na te pierwsze, bo mogłam je przymierzyć i kupić w sklepie stacjonarnym.  

Informacje ze strony internetowej sklepu sportowego:
Cholewka stanowi kombinację skóry naturalnej i syntetycznej z nowoczesnymi szczegółami, o subtelnej prostocie. Podeszwa środkowa dwuczęściowa, gwarantująca atrakcyjny wygląd oraz wysoki poziom komfortu. Pełnej długości podeszwa środkowa z pianki Phylon z wewnętrzną poduszką gazową gwarantującą doskonałą amortyzację. Podeszwa zewnętrzna z widoczną poduszką gazową oraz z punktem obrotu Pivot Point, doskonała na trening obwodowy, cardio czy taniec. Profil: stylowy, komfortowy i uniwersalny but dla nowoczesnej kobiety dbającej o formę. [źródło]



Nike Air Musio a moje oczekiwania:
  •  Świetna amortyzacja! Choć w moich trampkach Ecco odbijanie się na pięcie było naprawdę w porządku, o tyle w tych butach poczułam, co to znaczy elastyczny (bo tak to odczuwam) przód.
  • Cholewka, na której tak mi zależało, trzyma w porządku. I nie obgryza mi pięt (to moja zmora, wiele sportowych butów tak traktuje moje stopy...), o co się strasznie bałam! Z tego względu też nie kupiłam butów z taką całkiem wysoką cholewką.
  • Materiał według mnie nie jest jakiś cudnie przewiewny. Podczas zajęć nie czuję dyskomfortu, stopy mi się nie gotują, ale po - są w środku ewidentnie wilgotne (a nie mam tendencji do nadmiernego pocenia i w butach ze skórzanym wnętrzem nie zdarza mi się coś takiego)!
  • Punkt obrotowy nie sprawił, że poczułam jakąś nową jakość podczas obrotów. Choć wydaje mi się, że jest on przeznaczony do takich piruetów na stopie, a w naszych choreografiach chyba takich nie ma, więc nie miałam pewnie szansy do przetestowania tej możliwości. 
  •  Z zewnątrz buty są częściowo ze skóry. I przyznam, że są porządnie wykonane. Mam już je ponad pół roku i nie ma żadnych zagnieceń, nic się nie przetarło ani nie rozkleiło.
  • Zapłaciłam za nie 249 zł podczas promocji w sklepie Sizeer. Obecnie w internecie można je kupić nawet za 179 zł.
  • Wygląd zewnętrzny moich butów jaki jest, każdy widzi. Według mnie są... zwykłe. Czarne, pasują mi szarych spodni i czarnych koszulek-bokserek. Nie ma szału. Nadal marzę o kolorowych oldskulowych butach za kostkę ;)
  • Dodatkowe zalety: płaskie sznurówki (takie wg mnie się mniej rozwiązują) i lekkość obuwia - odczułam to głównie na swoim ramieniu :)
Podsumowując, jestem z nich zadowolona i myślę, że jeszcze długo mi posłużą.

Edycja 3.01.2015 - jak napisała jedna z komentujących osób - to są "najki niezdzierajki". Ich właściwości nadal pozostały świetne, a ich wygląd ani trochę się nie zmienił :) 


Podzielcie się proszę opiniami na temat butów, w jakich Wy chodzicie na zajęcia fitness, zumbę. Może uda się stworzyć w komentarzach do tego wpisu mały poradnik dla poszukujących takich informacji :)


* Podejrzewam, że słowo zumba, jako nazwa własna, nie podlega odmianie, ale ja odmieniam, bo nie podoba mi się fraza "zajęcia fitness typu zumba".
CZYTAJ DALEJ
2 wrz 2013

"Paryska dieta" - recenzja



Gdy tylko zobaczyłam  książkę "Paryska dieta" w internecie wiedziałam, że muszę ją przeczytać. "Francuzki nie tyją" oraz "Lekcje Madame Chic" rozbudziły we mnie zainteresowanie francuskim paradoksem pozostawania szczupłym jedząc pyszności, więc z niecierpliwością czekałam na przesyłkę.

Zanim przedstawię treść i moje wrażenia po przeczytaniu "Paryskiej diety" warto wiedzieć, kim jest jej autor. Jean-Michel Cohen jest doktorem nauk medycznych oraz najsłynniejszym (jak można przeczytać na okładce książki) specjalistą ds. żywienia we Francji. Stworzył  pierwsze kompleksowe centrum leczenia otyłości w swoim kraju. Występował m. in. w rodzimej wersji programu Master Chef. Zasłynął także tym, iż w 2011 roku wygrał proces o zniesławienie z Pierre Dukanem, którego dietę określił jako zagrażającą dla zdrowia.

"Paryska dieta" to książka, która na samym początku otrzymała ode mnie oklaski za tytuł i oprawę graficzną. Budzi we mnie skojarzenia związane z elegancją, wyrafinowaniem i... paryskimi kafejkami. Nie jest taka jak większość książek o odchudzaniu, gdzie zwykle występują zdjęcia warzyw i owoców oraz kolor zielony. Treść książki okazuje się być jednak napisana całkiem poważnie. Bez opisów, po których przeczytaniu mam ochotę zjeść pomidora nożem i widelcem na porcelanowym talerzyku, ale za to z czymś, co ogromnie cenię - przypisami do naukowych źródeł informacji, które podaje autor.

 W części pierwszej autor opisuje, jak niedobrze dzieje się w stylu odżywiania swielu ludzi (winiąc za to m. in. globalizację, zbyt dużą ilość przekąsek) i jak wielką krzywdę wyrządzają media kobietom, które za wzór sylwetki stawiają figurę, która często ani nie jest zdrowa, ani normalna. Z drugiej jednak strony wszechobecne reklamy sprawiają, że często bezrefleksyjnie kupujemy produkty, które skutecznie uniemożliwiają przybliżenie się do takiego ideału. "Dlatego właśnie, zagubieni w sprzecznych przekazach medialnych, ogarnięci obsesją ideału piękna, próbujemy znaleźć mniej więcej satysfakcjonujące rozwiązanie, niepewny kompromis między dobrym a szkodliwym, zdrowym a niezdrowym; kończy się tak, że zabijamy wszelką przyjemność z jedzenia. Co równie złe, oduczyliśmy się racjonalnego planowania posiłków oraz wybierania potraw i produktów, które są świeże, naprawdę smaczne i dobre dla nas."- jako osoba zainteresowana diet coachingiem podpisuję się pod tym.
W rozdziale "Dlaczego tak trudno jest schudnąć" autor zwraca uwagę na coś bardzo ciekawego - mianowicie, że nie tylko jedzenie może być nałogiem, ale też... odchudzanie. Zwłaszcza dla osób, które wpadły w pułapkę efektu jojo. Opisuje pokrótce także przyczyny przyrostu masy ciała - fizyczne (spowodowane np. lekami, menopauzą, rzucaniem palenia) oraz - co dla mnie bardzo ważne- powody psychiczne i społeczne. Jako przyszły psycholog  i osoba z doświadczeniem w walce z nadwagą zwracam bardzo dużą uwagę właśnie na takie aspekty. Za pomocą historii "z życia wziętych" opisane są takie powody jak np. zmiany życiowe, gromadzenie się w nas wielu małych stresów, które powodują duże frustracje, stosunki rodzinne oraz małżeńskie. 

Druga część książki zaskoczyła mnie. Na podstawie opisu, a może i też trochę życzeniowo, spodziewałam się szczegółowego opisu diety francuzów, rozumiejąc słowo "dieta" nie z domyślnym członem "odchudzająca", lecz jako "sposób odżywiania". I oczywiście wielu smakowitych przepisów, które są zarazem wyrafinowane, jak i sprzyjające figurze. O ile w tej drugiej kwestii się nie zawiodłam (o tym jeszcze później), o tyle w pierwszej...  autor przedstawia  swój program odchudzający o nazwie "Paryska dieta". Nie napiszę, że zachwycił mnie on, za to wprowadzenie do niego jest całkiem pouczające. Przede wszystkim Cohen opracował wzór na Właściwą Wagę (WW), czyli taką liczbę kilogramów, która jest dość szybko osiągalna i możliwa do utrzymania bez większego wysiłku. (O dziwo mi wyszła wyższa, niż mam w tej chwili, więc byłam nieco zdziwiona. Ale potem przeczytałam, że gdy utrzyma się WW przez ok. 6 miesięcy, to można ponownie określić kolejny cel, mając także na uwadze dążenie do prawidłowego BMI). We wskazówkach do diety Cohen reprezentuje realistyczne podejście do sprawy - bez hurraoptymizmu w stylu "schudniesz bez wysiłku 5 kg w tydzień", ale jednocześnie zachęca, aby dostosować dietę do siebie, gdyż tylko wtedy można ją skutecznie stosować. 

Przydatną "ściągę" dla osób na diecie stanowi rozdział "Kulinaria: podstawy". Niby wszyscy o tym wiemy, ale autor wypunktowuje tu różne możliwości przyrządzania podstawowych produktów oraz przedstawia tabelę ze sposobami zastosowania wielu ciekawych przypraw.

Dalsza część książki to propozycje menu dla trzech faz "Paryskiej diety". Faza "Cafe" jest dla mnie nie do przyjęcia (Jej nazwa jak dla mnie wzięła się od tego, że ilość jedzenia jest taka, jak podczas jednej wizyty w kawiarni. Policzyłam wartość kaloryczną dla losowego dziennego jadłospisu - 750 kcal). Jest to jednak "nieobowiązkowy i krótki rozruch", który można stosować maksymalnie 10 dni. Faza "Bistro" jest przewidziana na okres 2-3 tygodni i można na niej stracić od 3,5 do 5 kg. Faza "Gourmet" może być stosowana do uzyskania WW i "została opracowana z myślą o usatysfakcjonowaniu podniebienia i składa się z pysznych posiłków, które ułatwiają długie utrzymywanie diety".

To, co stanowi dla mnie o wartości książki "Paryska dieta"  to ciekawe jadłospisy. Gdy przeglądam jakieś gotowe diety w czasopismach czy książkach, pojawiają się często te same produkty - zwłaszcza kurczak na 101 sposobów i czasem jakaś rybka dla urozmaicenia - zwykle łosoś. Wiadomo, że szybko się to przyrządza, ale ja jestem już tak znudzona drobiem, że z wielką chęcią wypróbuję nadziewaną cielęcinę, tilapię - rybę o której istnieniu nawet nie wiedziałam, a może nawet przekonam się do jagnięciny. W tych przepisach najbardziej podobają mi się dwie rzeczy - że nie będzie takiej sytuacji: "tak pysznie brzmi, ale tyle śmietany/masła/bułki tartej trzeba dodać" oraz lista zamienników dla wielu produktów, gdy np. danego rodzaju mięsa nie dostanę w najbliższym sklepie spożywczym. Na dodatek są też propozycje dla skrobiożerców, wegetarian i menu kanapkowe. 
Co mi się nie podoba? Przyzwolenie na sztuczne słodziki, kostki rosołowe i menu rozpisane na 3 posiłki - można je jednak rozłożyć na więcej. Nieco dziwne śniadania, np. słodka bułka i gorąca czekolada. Myślę, że byłabym po nich szybko głodna, ale z drugiej strony doświadczenie dr Cohena wskazuje, że można chudnąć i jednocześnie jeść takie niedietetyczne rzeczy, jeśli wszystko się odpowiednio zbilansuje.

Ciekawe zakończenie książki stanowi "przewodnik" po lżejszych propozycjach w kartach restauracji serwujących kuchni z różnych stron świata. Zastanawia mnie tylko, jak miałabym zamówić akurat 115 g mięsa - ni mniej, ni więcej...

Podsumowując, "Paryską dietę" polecam osobom, które chciałyby chudnąć, a jednocześnie mają ochotę na finezję w kuchni. Ja zaznaczyłam już kilka przepisów, które chcę wykonać w najbliższym czasie, korzystając z jeszcze wybornych pomidorów, taniej cukinii etc.

Za przekazanie książki do recenzji bardzo dziękuję sympatycznym pracownikom Domu Wydawniczego Rebis.


Więcej o Jean-Michel Cohenie i książce "Paryska dieta":
1. O procesie z Dukanem.
2. Fanpage książki na facebooku, na którym aktualnie trwa konkurs.
3. Wzór na Właściwą Wagę.
4. theparisiandiet.com

CZYTAJ DALEJ
TOP