26 paź 2014

#healthyeating - moje ulubione profile na Instagramie

Instagram to moje najulubieńsze medium społecznościowe. Zdradzę Wam moje małe uzależnienie - piękne kadry połykam zaraz po wstaniu, często podjadam je między posiłkami, a ostatnie zjadam tuż przed snem. Wśród obserwowanych przeze mnie profili dominują te będące pochwałą codzienności i śladem po chwilach zachwytu. Są wśród nich także takie, które mogą prawdziwe nakarmić - serio! To te, które pokazują jedzenie zdrowe, urozmaicone i wyglądające tak cudnie, że śmiało może konkurować z różowymi czapeczkami cupcakes. Często są to zdjęcia wprost znad talerza, co jest inspiracją i motywacją w jednym. Jeśli korzystacie z IG, zaobserwujcie te profile, a jestem pewna, że Wasza ochota na #healthyfood zwiększy się!


 @everydaysimplehealth

Bardzo apetyczne, choć czasem przestylizowane pomysły na śniadania, szczególnie owsianki. Do tego inspirujące zestawy "na wynos" i obiady - głównie wegetariańskie. Jak wynika z krótkiego bio, Laiken ma 21 lat i pracuje na pełen etat. Wielką zaletą tego profilu są przepisy pod każdym zdjęciem.


  @jadlonomia 

Jeden z moich ukochanych profili, należący do autorki bloga Jadłonomia. Zobaczymy tu proste ujęcia, pokazujące piękno i bogactwo darów natury. Oprócz tego zdjęcia pokazują wegańskie przysmaki do kupienia w sklepie, książki  oraz miejsca z całej Polski, w których można zdrowo i wegetariańsko zjeść. 


@plantbasedjudy

Profil 17-letniej weganki. Tutaj najbardziej mi się podobają pomysły na obiady z dużą ilością warzyw i kasz.
 

@lifeofavegetarian

Mój numer 1 pod względem inspiracji na lunchboxy. Tylko spójrzcie do tych pojemniczków - ich właściciele (są one przygotowywane przez mamę dwójki dzieci) są świetnie uzbrojeni do walki z kolorowymi pokusami ze sklepowych półek. Chciałabym mieć kiedyś taki zestaw pudełek bento!


@minimalmeals

Minimalistyczne ujęcia 15-latki z Nowego Yorku. Ależ ta dzisiejsza młodzież uzdolniona! Mnie takie spojrzenie na posiłki uczy uważności.


@thecrunchyhazelnut

Imponujące dietetyczne desery "na bogato". Zobaczyć takie cuda i nie móc ich zjeść już teraz to wyrafinowana tortura.


@i.eat.pancakes

Zgodnie z tytułem profilu, znajdziemy tu górę pankejków, ale także bardzo interesujące perełki - niskokaloryczne desery podane w ciekawej formie i kolorze - np. dzięki zastosowaniu buraczanego pudru jako barwnika. Przepisy na takie cuda pod większością zdjęć.


@llealicious_ 

 Tutaj kadry są słodkie, różowe i urocze, a przepisy na smakołyki można znaleźć na blogu ich autorki. 


 @helloberczi

 Długo zastanawiałam się, czy umieścić swój profil w tym zestawieniu, bo apetyczne fotki pojawiają się tam raczej rzadko. No i zdarzają się też kaloryczne rzeczy! Ale chciałabym częściej motywować się do urozmaicania swojego menu i dzielenia się efektami na gorąco. Dlatego obserwowanie mojego konta to zadanie dla chętnych. Wszystkie powyższe są obowiązkowe!




A teraz kolej na Was - polećcie mi proszę wasze ulubione profile na Instagramie, najlepiej w podobnym stylu:)
CZYTAJ DALEJ
18 paź 2014

Tarta gruszkowo-jogurtowa na orkiszowym cieście

Złotawa, krucha i miła... Nie, nie jesień. Tarta gruszkowa. Na kruchym cieście, które dzięki mące orkiszowej ma lekko orzechowy posmak. Wypełniona po brzegi mięciutkimi gruszkami. I do tego otulający aromat wanilii w jogurtowym nadzieniu.

***

Wiecie co, jak przygotowuję jakieś zdrowe wypieki, to dwie rzeczy ogromnie podnoszą mi ciśnienie. Pierwsza - gdy ktoś porównuje smak ciast do opcji pełnotłustej, pełnosłodkiej i białomącznej. Druga - oczekiwania,  że jeśli coś jest zdrowe/dietetyczne, to już praktycznie nie może mieć cukru, mąki, tłuszczu, ogólnodostępnych produktów ("bo jeśli olej, to tylko kokosowy") i oczywiście kalorii. Wierzę, że najważniejszy jest złoty środek. Dlatego staram się poszukiwać receptur i kombinować ze składnikami tak, aby efekty przekonywały zarówno tych, którzy uważają, że bez śmietany trzydziestki deser się nie liczy, jak i osoby myślące, że zdrowe odżywianie to same wyrzeczenia. Wiem, że jest wielu blogerów kulinarnych, którym to się udaje, więc i ja dokładam do tego swoje sprawdzone przepisy. Na przykład na tę robioną przeze mnie wielokrotnie tartę.


Składniki:

Na spód
200 g mąki orkiszowej
50 g otrębów orkiszowych
125 g masła
1 żółtko
50- 0 g wody
szczypta soli

Na wypełnienie
2-3 gruszki
2 jajka
80 g płynnego miodu
2 łyżki mąki pszennej
180g jogurtu naturalnego
ziarenka z 1/2 laski wanilii

Przygotowanie:
Wszystkie podane składniki na spód daję do miski i rozcieram palcami, następnie zagniatam i schładzam w lodówce ok. 60 minut. Po tym czasie kulę ciasta po prostu kroję na cienkie plastry i wylepiam palcami dno formy na tartę. Nakłuwam widelcem, przykrywam papierem do pieczenia, wysypuję obciążenie (suchy groch) i wstawiam na 15 minut do nagrzanego na 200 stopni (funkcja termoobieg) piekarnika. Po tym czasie zdejmuję obciążenie i piekę ok. 5 minut.

Gruszki obieram, pozbawiam gniazd, kroję na cztery części a potem na cienkie plasterki. Układam na podpieczonym spodzie. Jogurtowe nadzienie przygotowuję miksując wszystkie składniki. Polewam nim gruszki i piekę 30 minut w 180 stopniach.

Pysznego!

Uwagi:
1. Jeśli nie masz mąki orkiszowej, możesz zastąpić ją zwykłą pszenną.
2. W przepisie część mąki zastępuję bardzo drobno zmielonymi otrębami orkiszowymi. 
3. Inspiracją dla mojej tarty jest ten przepis.






CZYTAJ DALEJ
24 wrz 2014

Szybkim spacerem po Wrocławiu

"Wrocław - miasto spotkań". W moim przypadku krótkich, ale intensywnych. Będąc w tym mieście po raz pierwszy, oglądałam go głównie zza zalanych deszczem okien samochodu. I mimo to, bardzo zapragnęłam do niego wrócić. Nawet na mojej liście "101 celów w 1001 dni" pojawił się taki punkt. Zdecydowanie coś w tym jest, że jak się czegoś bardzo chce, to okoliczności sprzyjają spełnieniu tego, bo w ostatnim czasie udało mi się być dwa razy we Wrocławiu! Łącznie spędziłam w nim około... 10 godzin. Trzeba przyznać, że należę do osób, które uwielbiają zwiedzać. Szaleńcze tempo wycieczek objazdowych mi niestraszne, więc nawet pieszo przejdę wiele kilometrów, by zobaczyć coś pięknego i zrobić temu zdjęcie.

W tym poście zapraszam Was na dwie krótkie wycieczki po Wrocławiu - słoneczną i deszczową. Pierwszą z nich odbyłam w drodze powrotnej z Slot Art Festivalu. Moja przyjaciółka wracała w przeciwną stronę Polski, dlatego pomyślałam, że połażę sobie tam, gdzie mnie oczy poniosą.


Romantyczna Zatoka Gondoli

Widok na Ostrów Tumski, który będę miała okazję zobaczyć na drugiej wycieczce. 

Most Piaskowy 

Rozważam rozpoczęcie nowego kierunku studiów ;)


 Witryna Punktu Informacji Turystycznej

Błyszczę się?

Plac Nowy Targ


Kolejny pobyt we Wrocławiu był spontanicznym wyjazdem "na doczepkę". Jednym z miejsc, które koniecznie chciałam zobaczyć w tym mieście były Ogrody Japońskie i Ogród Botaniczny. Właściwie od samego przyjazdu bardzo padało, ale wiecie - gdy niespodziewanie ma się okazję być w takim pięknym miejscu, to deszcz w ogóle nie przeszkadza! No, może poza robieniem zdjęć, dlatego kilka z poniższych jest zrobionych telefonem. 

Pergola

Spacerując z mamą pod Pergolą i po terenach ogrodu stwierdziłyśmy, że właśnie ten deszcz sprawił, że tak bardzo nam się podoba w tym miejscu. Poza wycieczką emerytów i jedną parą nie spotkałyśmy nikogo, a krople wody sprawiły, że krajobraz był nasycony kolorami. Dzięki temu czułam się troszkę jak w innym kraju. Miałyśmy też okazję zobaczyć pokaz fontanny multimedialnej pod Halą Stulecia - pusta, monochromatyczna, ogromna przestrzeń i woda pulsująca w rytm przepięknej muzyki stworzyły razem wyjątkowe doświadczenie. Czułyśmy się, jakby był specjalnie dla nas, bo wokół można było dostrzec tylko dwoje ludzi. Zwykle w takich miejscach roi się od turystów, więc myślę, że wczesna jesień jest idealną porą na zwiedzenie tych miejsc.

1 - przemoczone trampki, 2 - Hala Stulecia, 3 - Po prostu Pastelove, 4 - Most Tumski

Podczas naszej deszczowej wycieczki trafiłyśmy całkowicie przypadkowo w przepiękny rejon Wrocławia. Starsza pani zrobiła małe zamieszanie w tramwaju, ponieważ chciała wysiąść pod katedrą. Stwierdziłyśmy z mamą, że chętnie i my ją zobaczymy. Okazało się, że jesteśmy na Ostrowie Tumskim, najstarszej i zabytkowej części miasta! Czułam się tam, jakbym trafiła do jakiegoś innego świata - same stare, lecz zadbane budynki, brukowane uliczki, brak reklam. Spacerowałyśmy bez celu, co krok odkrywając piękne widoki. W końcu postanowiłyśmy wracać, by pójść gdzieś na obiad. Wybrałyśmy równoległą ulicę do tej, z której przyszłyśmy i... znowu szczęśliwy traf chciał, że odnalazłyśmy Ogród Botaniczny, do którego miałyśmy już nie jechać.

Teren ogrodu mieści się przy Wydziale Botaniki Uniwersytetu Wrocławskiego i po prostu mnie oczarował. Ten teren jest taki zadbany, ogromny, roślinność taka bujna, że czułam się jak w innym świecie. A dokładnie to... I'm Potterhead, więc jak widzę ogromny gotycki kościół, stare uniwersyteckie budynki, szklarnie to od razu mam ciąg skojarzeń: zajęcia ze studentami - ogród angielski - zielarstwo - Hogwart ;) Tutaj już dłużej nie mogłam trzymać aparatu w torebce!

Tykwy

Mandarynki





Krasnal musi być!



Choć kocham Kraków bezwarunkowo, zazdroszczę wrocławianom tych przepięknych terenów. Myślę, że do aktywnego spędzania czasu wolnego jak najbardziej można zaliczyć zwiedzanie. Szczególnie, gdy trzeba się sporo przy tym nachodzić. 
Przed nami szary, deszczowy czas, więc warto się wybrać w takie miejsca, gdzie chyba o każdej porze roku można nacieszyć oczy pięknymi barwami i roślinnością. Mam nadzieję, że podobał Wam się taki wirtualny spacer po Wrocławiu. Im częściej odkrywam polskie miasta, tym bardziej widzę, że mają one wiele do zaoferowania i nawet taki kilkugodzinny pobyt może dostarczyć wielu wrażeń.
CZYTAJ DALEJ
17 wrz 2014

"Dzika strona jedzenia" - recenzja książki


Gdybym miała jednym zdaniem określić tę książkę, napisałabym: zdrowe odżywianie dla zaawansowanych. Jeśli codziennie jesz 5 porcji warzyw i owoców dziennie to jesteś na poziomie podstawowym. Średni poziom to taki, gdy dbasz o to, by jeść sezonowo i lokalnie. Zaawansowany level osiągasz wtedy, gdy nie tylko jesz jabłka, ale jesz najzdrowsze jabłka. Na czym polega różnica? Otóż owoc owocowi nierówny - istotne są także jego odmiany. A te mogą się różnić smakiem, kolorem, twardością i... zawartością fitoskładników. Zanim jednak napiszę, czym one w ogóle są, to przedstawię Wam książkę, którą otrzymałam od wydawnictwa Illuminatio.

Autorką książki "Dzika strona jedzenia" jest Jo Robinson, badaczka i aktywistka żywieniową (w życiu nie słyszałam takiego określenia, ale brzmi dobrze!) ze Stanów Zjednoczonych. Pozycja ta ma 15 stron napisanej drobnym druczkiem bibliografii. Czytałam w swoim życiu książki ze śmiałymi twierdzeniami, które miały zaledwie kilka pozycji, więc dobra podstawa teoretyczna jest dla mnie ogromnie przekonująca.

A teraz zadam Ci pytanie: Jakie powinno być Twoje jabłko idealne

Mój wymarzony gatunek to: słodkie z lekko kwaskowatą nutą, chrupiące, soczyste, średniej wielkości, z połyskującą, rumianą skórką. Zauważ, że pierwszą i najważniejszą cechą owocu jest dla mnie jego słodycz. Okazuje się, że nie jestem w tym odosobniona. Słodkie i soczyste jabłka "Golden Delicious" należą do jednej z najbardziej popularnych odmian w USA. Być może zapytasz - i co w związku z tym? Dzięki tej książce już wiem, że całkiem sporo. Ale by Cię przekonać, musimy cofnąć się w czasie o jakieś... 10 tysięcy lat. Wtedy nasi prehistoryczni przodkowie wynaleźli rolnictwo. W zależności od tego, jakie tereny zamieszkiwali, napotykali na różne dziko rosnące rośliny - wezmę dla przykładu wspomniane jabłka. Kilka epok temu miały one niewiele wspólnego z owocami, jakie znamy obecnie. Były maleńkie (np. wielkości małych oliwek) i bardzo kwaśne. Jednak na przestrzeni tysięcy lat, około 400 pokoleń rolników zmieniało je, aby drzewka dawały większe plony, były łatwiejsze w uprawianiu i zbieraniu oraz oczywiście były lepsze w smaku. Działo się to na skutek rozmnażania roślin poprzez odcinanie sadzonek, szczepienie, lub wybieranie tych drzewek, które przynosiły najbardziej pożądane owoce. To chyba dobrze? - wydawać by się mogło. Jednak Matka Natura wymyśliła sobie takie "dziewicze" gatunki nie na darmo. Po pierwsze, mocno zmodyfikowane przez człowieka odmiany zawierają o wiele mniej witamin, minerałów i niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych w porównaniu do dzikich odmian. Po drugie, pierwotne rośliny miały więcej błonnika i białka, zaś o wiele mniej cukru, niż te zmienione. Trzecią cechą niezmodyfikowanych gatunków jest wysoka zawartość fitoskładników. Bo FITOSKŁADNIKI to słowo-klucz tej książki. Tutaj posłużę się cytatem:
"Każda roślina produkuje cały szereg fitoskładników, które stanowią chemiczną obronę przed owadami, chorobami, szkodliwym światłem ultrafioletowym czy przed żerującymi zwierzętami."
 Zgodnie z badaniami, spożywanie roślin bogatych w fitoskładniki:
  • chroni przed nowotworami, zawałem serca lub udarem
  • może mieć wpływ na poprawę wyników sportowych
  • zmniejsza ryzyko infekcji
  • wpływa na obniżenie ciśnienia krwi
  •  wspomaga układ odpornościowy
  • przyspiesza utratę wagi 
Odchudzanie staje się skuteczniejsze, bo tak jak napisałam wcześniej, te mniej zmodyfikowane odmiany mają mniejszą zawartość cukru, a co za tym idzie - niższy indeks glikemiczny. Dzięki temu po ich zjedzeniu stężenie glukozy we krwi nie wzrasta gwałtownie i nie sprawia, że zaraz potem chce nam się znowu jeść. Na to wpływa również wyższa zawartość błonnika, który powoduje, że pożywienie jest dłużej trawione, dając długo uczucie sytości.

No dobrze, wiemy co to są fitoskładniki, ale co możemy zrobić z tą wiedzą? "Dzika strona jedzenia"  koncentruje się na tym, jak się odżywiać, aby dostarczyć organizmowi ich największą ilość. Książka jest podzielona na dwie części: warzywa i owoce, a w każdej z nich osobne rozdziały poświęcone kolejnym ich rodzajom. Czyli na przykład: rośliny strączkowe, warzywa kapustne, owoce pestkowe, cytrusy etc. W każdym z nich znajdziemy informacje:
  • o pochodzeniu odmian 
  • o wyjątkowych właściwościach
  • jak wybierać najbardziej wartościowe odmiany w supermarkecie
  • jak je przechowywać i przygotowywać
  • o zalecanych odmianach z podziałem na supermarkety, targowiska, sklepy ze zdrową żywnością i katalogi nasion
W książce znajdują się też interesujące przepisy, które od początku do końca są opisane tak, aby "wycisnąć" ze składników wszystko co najlepsze. Dużą ciekawostką są także ryciny porównujące obecne i dzikie gatunki.




Spójrzcie na pierwsze zdjęcie w tym poście. Fragmentów oznaczonych karteczkami jest mnóstwo. A zaznaczałam tylko te, do których muszę koniecznie wrócić! To jest chyba najlepsza rekomendacja dla tej książki.

Rozpoczynając lekturę książki "Dzika strona jedzenia" nie sądziłam, że aż tak mnie ona zainteresuje. Okładka jakoś mnie nie zachęcała, wywołując - nie bez przyczyny ;) - skojarzenie z amerykańskimi poradnikami. Ponadto dotychczas nie interesowałam się roślinami, botaniką, czy nawet ogrodnictwem, więc po przeczytaniu kilku pierwszych stron o sałacie lodowej myślałam, że czytanie tej książki będzie męką! A przecież zgodziłam się ją zrecenzować! Jednak wraz z kolejnymi informacjami uświadomiłam sobie, że ta książka odpowiada na moje potrzeby. Często czuję taką niepewność, czy coś jeszcze z tych wszystkich mikro i makroskładników w warzywach i owocach zostaje, jak je upiekę, usmażę czy poddam duszeniu. I czy warto nosić te ciężkie siaty z zakupami, jeśli i tak pod wpływem nieodpowiedniego przygotowywania wszystko, co dobre ma wyginąć.
Przyznam się też, że dotychczas w dość absurdalny sposób wyobrażałam sobie powstawanie produktów modyfikowanych genetycznie. Zawsze przed oczami miałam sterylne laboratorium i naukowców z probówkami, którzy w ściśle kontrolowanych warunkach (najlepiej jeszcze obserwując wszystko pod mikroskopem) tworzą te nowe gatunki. Wbrew pozorom nie jest to aż taki drastyczny i precyzyjny zabieg. To raczej proces, który nie trwa od paru dziesięcioleci, lecz od setek lat!

Jak gra Rammstein, "We're all living in America". Jednak żałuję, że pewne informacje zawarte w książce nie odnoszą się do polskich warunków. Chodzi tutaj głównie o to, że wiele odmian opisywanych warzyw i owoców nie występuje powszechnie, lub wcale w Polsce. Wydawca miał jednak taką świadomość, dlatego w książce pojawiają się przypisy dotyczące sytuacji na polskim rynku.

Na zakończenie tej recenzji napiszę tak: ostatnio myślałam sobie o tym, że w każdej kuchni, poza szafkami na kubki, garnki i makaron powinna również być szafka na książki. Kucharskie - by mieć się czym inspirować. I te o odżywianiu, żeby często po nie sięgać. "Dzika strona jedzenia" na pewno znalazłaby się na mojej.



Za przekazanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Illuminatio.
CZYTAJ DALEJ
27 sie 2014

Grecka dieta - kulinarne wspomnienia

Nareszcie wena do pisania zastała mnie w czasie, gdy mogę spędzić wieczór przed komputerem! Już trzy tygodnie minęły od mojego powrotu z Krety - wakacji, o których marzyłam od 3 lat. Podczas wyjazdów jedną z największych przyjemności sprawia mi turystyka kulinarna - zwiedzanie knajpek, placów targowych, cukierni. I oczywiście próbowanie nowych rzeczy. Co do ostatniego, to nie zawsze tak było. Kiedyś najchętniej zamawiałam rzeczy, które brzmią jak najbardziej znajomo. Nawet we Francji jadłam spaghetti a'la carbonara... Teraz staram się zamawiać takie potrawy, których nigdy wcześniej nie jadłam. Marząc o wakacjach na Krecie w pierwszej kolejności widziałam turkusowe morze, jasny piasek i wąskie uliczki nadmorskich miasteczek (które będę fotografować), zaś w drugiej... nie mogłam się doczekać, aby spróbować tych wszystkich dań, których opisy brzmią tak smakowicie. Zauważcie, jak wiele jest lokali z kuchnią włoską, meksykańską czy francuską. A znacie jakąś grecką tawernę? W Krakowie przy Grodzkiej odkąd pamiętam jest jedna, dość archaiczna restauracja, słynąca głównie z... kebabów.  Dlatego tak bardzo chciałam spróbować czegoś, co jest charakterystyczne dla tamtejszej kuchni. W tym poście opiszę Wam, jak wyglądała moje doświadczenia z greckim sposobem odżywiania - bo słowo "dieta" pochodzi ze starogreckiego diaitia i oznacza "styl życia".


Przygotowując się do wyjazdu wyczytałam, że kreteńska kuchnia jest najzdrowszą spośród wszystkich zachodnioeuropejskich sposobów odżywiania. Przeprowadzono nawet badania medyczne, które wykazały, że mieszkańcy tej wyspy ogólnie żyją dłużej w zdrowiu, rzadziej ulegają zawałom i chorują na raka w porównaniu do innych mieszkańców Europy i Ameryki. Wbrew pozorom wytłumaczenie tego jest proste - tradycyjna kuchnia kreteńska składa się z bardzo dużej ilości warzyw i owoców, oliwek, oliwy, chleba oraz niewielkich dodatków białkowych w postaci koziego mleka, sera, orzechów laskowych i ryb. Ciekawy jest ich rozkład posiłków w ciągu dnia. Zgodnie z informacjami od pilotki, Grek na śniadanie je... kawę i ciastka! Potem posila się owocami i warzywami oraz... sucharkami! Dopiero kolacja jest obfita i sycąca. Ciekawostka - byłam ogromnie zaskoczona, gdy okazało się, że w supermarkecie o logo identycznym jak Carrefour nie ma działu z świeżym pieczywem, lecz jest szeroka półka z przeróżnymi rodzajami sucharów! Podobnie w piekarni, gdzie można kupić takie pieczywko w postaci suchych, przekrojonych bułek, małych paluszków z sezamem na słodko, wytrawnych kwadracików z czarnuszką i temu podobne. Jak się dowiedziałam, są one tak popularne, ponieważ można je długo przechowywać w niezmienionym stanie, są pożywne i lekkostrawne.

A teraz - moje kulinarne wspomnienia. Na początek najbardziej znane danie, czyli sałatka grecka taka, jak ją widzi Grek. Pięć roślin: oliwki, cebula, pomidor, papryka, ogórek + feta + oliwa + ocet + przyprawy. Jak widzicie, nikt tu nie bawi się w precyzyjne szatkowanie - wszystko jest pokrojone wręcz od niechcenia, jak możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. No i nie dojrzycie tutaj ani listka sałaty! Ale w tej sałatce tkwi jakaś magia, serio! Ona smakuje tak wyjątkowo, że ma się ochotę ją zajadać codziennie. I choć nie mogłam w to uwierzyć, na obu fotografiach mieści się sycąca porcja dla dwóch głodnych osób. Choć trzeba przyznać, że chleb też robi swoje, bo jest taki zbity i ciężki.


Dużym zaskoczeniem okazał się dla mnie tradycyjny jogurt. Polskie jogurty typu greckiego są dobre, ale wydaje mi się, że smaku dodaje im przede wszystkim to, że mają w składzie dużo tłuszczu. Czytając o kreteńskich deserach dowiedziałam się, że jednym z niewielu takich typowych dla tego kraju przysmaków jest jogurt z orzechami i miodem. Byłam zawiedziona, bo nie brzmi to jakoś wyśmienicie. Na miejscu zmieniłam zdanie. Zarówno podawany na hotelowych śniadaniach, jak i ten dostępny w supermarkecie jogurt jest... boski. Tak gęsty, że ledwo odrywa się od łyżki (ale nie galaretowaty, jak polskie), kremowy w smaku, z prawie niewyczuwalną kwaskowatą nutą. Właściwie to bardziej przypomina serek. Co ciekawe, nawet odtłuszczony był pyszny. Podejrzewam, że to zasługa innego typu bakterii i mleka.

 Od powrotu do Polski testuję różne jogurty greckie i póki co najbardziej zbliżony smak i konsystencję ma ten marki "Greek style" oraz ... serek "Bieluch"!

Jednym z najpyszniejszych i łatwych do odtworzenia dań jakie jadłam był imam. Zapiekany bakłażan nadziewany pomidorami i cebulą z plastrem sera feta, posypany żółtym serem. Zadziwiająco proste, a takie pyszne.


Na mojej liście rzeczy do spróbowania było jeszcze kilka rzeczy:

Musaka, czyli zapiekanka z cukinii, bakłażana, ziemniaków i mielonego mięsa pod kołderką z sosu beszamelowego. W przewodnikach piszą, że to coś podobnego do lazanii, ale według mnie smakuje o niebo lepiej. To chyba za sprawą dość nietypowych, jak na danie obiadowe przypraw korzennych, zwłaszcza cynamonu.

Dolmadakia - niewielkie "krokieciki" z ryżu i warzyw zawijane w liście winogron, podawane z greckim jogurtem. Kolejny strzał w 10 - grecka kuchnia naprawdę mi odpowiada. To danie jest serwowane jako przystawka, ale na nieduży głód nadaje się jako danie główne.

Souvlaki - tutaj niestety się zawiodłam, ponieważ menu mnie wprowadziło w błąd i zamiast wieprzowego szaszłyka zamówiłam wersję z kurczaka, który był kompletnie bez smaku. Na dodatek podano go z górą frytek - ostatnią rzeczą na którą można mieć ochotę w 35-stopniowym upale.

1. Mrożony jogurt, 2. Musaka, 3. Dolmadakia, 4. Sklep rybny.


No dobrze, a co na deser? W greckim upale najlepiej smakowały lody i mrożone jogurty, ale próbowałam także tradycyjną baklavę - przepyszne i prze-słodkie ciastko zrobione z warstw ciasta filo, siekanych orzechów i miodu.


Zwiedzając kreteńskie miasto Chania udało mi się odwiedzić zabytkową halę targową, wybudowaną na planie krzyża na początku XX wieku. Spodziewałam się, że zobaczę tam stoły uginające się pod ciężarem owoców, stoiska z rybami (zwłaszcza, że jest to miasto portowe) i sery prosto od kozy, ale chyba odwiedziłam to miejsce o zbyt późnej porze, lub po prostu... jest to miejsce nastawione głównie na turystów. Niemniej jednak trochę poczułam taki targowy klimat.










 Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś pojadę do Grecji i będę mieć okazję spróbować więcej pysznych rzeczy. Jestem ciekawa Waszych smaków z podróży! A może znacie jakieś polskie restauracje z kuchnią grecką?
CZYTAJ DALEJ
TOP