26 mar 2014

8 najciekawszych informacji z książki "Zamień chemię na jedzenie"

Książka Julity Bator Zamień chemię na jedzenie przez długi czas utrzymywała się na księgarskich półkach opisanych jako bestsellery. Moim zdaniem, to bardzo pozytywne zjawisko, bo każda osoba, która zaczyna dokonywać lepszych wyborów żywieniowych przyczynia się do tego, że zwiększa się jakość i dostępność dobrego jedzenia.Recenzja tej pozycji ukazała się już na wielu blogach, więc w tym poście przeczytacie 8 najciekawszych informacji, jakie ja zdobyłam dzięki lekturze tej książki.



1. Owoce i warzywa najbardziej zanieczyszczone pestycydami 

Zgodnie z raportem amerykańskiej organizacji (EWG), której rolą jest informowanie o wpływie produktów na zdrowie człowieka i jego środowiska owoce i warzywa mogą być w różnym stopniu zanieczyszczone przez pestycydy. Do najgorszej grupy wchodzą (niestety): 
- jabłka :(
- seler
- słodka papryka
- brzoskwinie
- truskawki :( :(
- nektarynki
- winogrona
- szpinak
- sałata
- ogórki
- borówki
- ziemniaki
- zielona fasola
- jarmuż i jego odmiany

2. "Czysta piętnastka"

 Istnieje także grupa produktów najczystszych:
- cebula
- kukurydza
- ananas :)
- awokado
- kapusta
- groszek cukrowy
- szparagi
- mango :)
- bakłażan
- kiwi :)
- melon kantalupa :)
- słodkie ziemniaki
- grejpfruty
- arbuz
- grzyby

Przyznam, że trochę zasmucają mnie te listy, ponieważ produkty z listy najbardziej zanieczyszczonych jem bardzo często (np. jabłka, seler, szpinak, sałatę, ogórki, paprykę), natomiast z tej z małą ilością pestycydów – raczej rzadko...  Pocieszam się jednak tym, że te badania dotyczą Stanów Zjednoczonych, więc w Polsce ta lista pewnie wyglądała inaczej.

3. Jak zneutralizować pestycydy w warzywach i owocach?

Da się to zrobić, choć jest to metoda dla wyjątkowo zmotywowanych. Cytuję za autorką: 50 ml destylowanego octu na 4 l przefiltrowanej (najlepiej na drodze odwróconej osmozy) wody. W takim roztworze moczyć produkty przez kilka lub kilkanaście minut, a następnie opłukać. (s.137)

4. Jakiej patelni używać?

Wiadomo, że jak ktoś dba o linię, to jeśli już coś smaży, to na małej ilości tłuszczu (lub w ogóle bez niego) i najlepiej na patelni z teflonem. Ale gdy taka powłoka ulegnie porysowaniu, to ma już szkodliwe działanie. Dlatego najlepiej kupować patelnie żeliwne, pokryte emalią (autorka poleca takie z IKEI, dobrze wiedzieć), ze stali nierdzewnej lub ceramiczne. Uświadomiłam sobie tym samym, że nowe, piękne i białe patelnie w naszym domu to właśnie te ostatnie (wiecie, jak pięknie widać na nich przypalony tłuszcz? Aż odechciewa się kotletów. )

5. Jak kupić świeżą rybę?

Była kiedyś taka reklama, której hasło brzmiało "Ryba wpływa na wszystko". I ja dobrze znam zalecenia dotyczące częstości spożywania ryb, a jednak... najczęściej udaje mi się jeść wędzonego łososia lub tuńczyka z puszki. Dlaczego? Bo kupowanie ryb to nie lada wyzwanie. W małych marketach w mojej okolicy dostępna jest tylko woda z rybą – czyli pokryta taką ilością lodu, która rozmraża się pół dnia. Do sklepu rybnego nie zawsze mi się chce fatygować, a i w nim można dostać głównie ryby mrożone, choć w 5 a nie 20-procentowej glazurze. Dlatego jeśli już jadamy w domu rybę, to kupowaną w supermarketach. A do takich miejsc wiele osób nie ma zaufania i autorka książki cytuje tabelę, jak sprawdzić świeżość ryby, którą zaczerpnęła z tego bloga (link). 

6.  Jaki plastik jest odpowiedni do kontaktu z żywnością?

Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, czy plastikowe pudełka do przenoszenia żywności są korzystne lub niekorzystne dla zdrowia. A okazuje się, że są one wykonane z różnych tworzyw sztucznych, które posiadają oznaczenia numeryczne. Jaki rodzaj jest bezpieczny? Autorka podaje łatwą do zapamiętania rymowankę: "4,5, 1 i 2, cała reszta jest dla mnie zła". Sprawdziłam butelkę wody obok mnie  – ma jedynkę, uff :)

7. Czy oliwa z oliwek nadaje się do smażenia? 

Ten rodzaj tłuszczu tak bardzo kojarzy się z zdrowym odżywianiem, że wiele osób wyciąga z portfela kilka złotych więcej, aby smażenie uczynić mniej szkodliwym. Okazuje się, że do tego o wiele lepiej nadaje się nasz stary, dobry olej rzepakowy, masło klarowane czy smalec z gęsi. Oliwę z oliwek extra vergin można ewentualnie stosować do krótkiego smażenia i duszenia z dodatkiem wody, natomiast do długiego smażenia nadaje się oliwa di sansa (a ja myślałam, że to jest jakaś marniejsza wersja...!).

8. Kwestia kawy

Dzisiejsza rozmowa z moją mamą:
Ja –  O fu, jaka ta kawa niedobra! Od kiedy przestawiłam się na kawę mieloną to mam okropny niesmak po rozpuszczalnej.
Mama – A  mnie coś ostatnio po każdej kawie boli brzuch.
Ja – Naprawdę? Właśnie piszę teraz post na blogu o książce, w której autorka pisze,  że kawa rozpuszczalna ma większą ilość niklu i ona też miała dolegliwości żołądkowe.

Także coś w tym musi być! A w dodatku za cenę kawy rozpuszczalnej można kupić dwa razy lepszą jakościowo kawę ziarnistą. Z książki dowiedziałam się też o czymś takim jak dripper, który może się przydać np. do zaparzania kawy w pracy.

Czytaliście lub zamierzacie przeczytać książkę Zamień chemię na jedzenie? Co było dla Was najbardziej wartościowe?
CZYTAJ DALEJ
20 mar 2014

Co kupić na przekąskę – 11 propozycji

Chyba każdy ma czasem tak, że zapomni wziąć sobie czegoś z domu na drugie śniadanie, podwieczorek lub przekąskę. Lub zje wszystko, a tu nagle w brzuchu zacznie burczeć. W takich sytuacjach łatwo włącza się autopilot, który podpowiada: "coś tłustego i słodkiego!", żeby bardzo szybko uzupełnić braki energii. Wpadamy więc do sklepu i na nasze oczy opadają klapki, które umożliwiają tylko dostrzeganie wysokoprzetworzonych bomb kalorycznych. U mnie tak to czasem wygląda, dlatego przygotowałam ściągę, która pozwala na dokonywanie lepszych wyborów w takich sytuacjach.

Na liście znajdują się produkty, które spełniają przynajmniej kilka z wymienionych kryteriów:
  • są łatwo dostępne
  • można je zjeść na szybko np. w autobusie
  • da się je jeść wprost z opakowania, bez dotykania rękami
  • nie trzeba ich dodatkowo przygotowywać
  • jedząc je nie ma dużego ryzyka ubrudzenia się (np. kapiącym sokiem, okruszkami, pozostawaniem między zębami ;) 
  • mają opakowanie umożliwiające bezpieczne trzymanie ich w torebce
  • nie są zbyt kosztowne
 


1. Banan – biodegradowalne opakowanie, lekkostrawny ( to ważne, gdy jestem głodna tuż przed treningiem), jeden z niewielu owoców, którego nie trzeba myć lub obierać przed jedzeniem i zaraz po zakupie można go zjeść.
Cena: ok. 1,2 zł

2. Mandarynki – choć przed obieraniem wypadałoby umyć ręce (albo chociaż je wytrzeć antybakteryjną chusteczką), to jak wiadomo, nie potrzeba do tego noża, nie brudzą paznokci (jak zwracać uwagę na wszystkie zalety, to na wszystkie!), a małe cząstki są w sam razu do buzi. I tak pięknie pachną!
Cena: ok. 1,6 zł (3 sztuki)

3. Chipsy jabłkowe – zdrowa i przepyszna przekąska, zwłaszcza, gdy mamy ochotę coś pochrupać. Są dość kosztowne, ale te ze zdjęcia mają chyba najkorzystniejszą cenę, ostatnio pojawiły się też w biedronkowej linii Just fit.
Cena: ok. 3,6 zł (40g)

4. Kefir –  Robico jest dla mnie najsmaczniejszy w smaku, występuje w odpowiedniej pojemności - 250 ml i ma poręczną butelkę.
Cena: ok. 1,5 zł

5. Sok marchwiowy (lub inny jednodniowy, np. z buraków i selera, z owoców) – taki nieprzetworzony sok chyba można nawet podciągnąć pod 1 z tych obowiązkowych 5 porcji warzyw i owoców dziennie :)
Cena: 3-4 zł 

6. Sok wielowarzywny/pomidorowy – co prawda wielu ludzi dziwi się, że można go pić, ale według mnie smakuje jak sos do spaghetti ;) Tymbark Vega lubię także za ciekawe wersje smakowe i odpowiednią pojemność.
Cena: ok. 2,5 zł

7. Bieluch – oczywiście może być też inny serek lub jogurt, ale ten akurat ma tę zaletę, że jego zwarta struktura nie grozi wylaniem z opakowania podczas jedzenia  np. w trzęsącym autobusie ;).
Cena: ok. 1,5 zł

8. Baton zbożowy – tutaj mam w szczególności na myśli konkretną markę - "Ania" grunchy baton owsiany lub orkiszowy. Mają one całkiem fajny skład jak na słodycze – płatki owsiane (50%), płatki żytnie, jęczmienne, pszenne i są słodzone syropem ryżowym (który zawiera złożone węglowodany, więc dłużej uwalnia cukier do krwi. Smakują bardzo podobnie do takich szyszek z karmelem. Wartość energetyczna to ok. 250 kcal. W kwestii innych typów batoników zbożowych to trzeba czytać etykiety – niższa ilość kalorii w jednym batonie jest zwykle spowodowana niską wagą produktu, a w składzie często jest tyle dziwnych rzeczy, że już lepiej się nie oszukiwać i kupić zwykłego...
Cena: ok. 2 zł

9. Orzeszki sojowe - fajnie chrupią i oryginalnie smakują.
Cena: ok. 3,9 zł

10. Morwa biała - moje odkrycie tego roku, bo bardzo odpowiada mi jej smak - taki miodowy. Jest wskazana dla diabetyków i odchudzających się, bo stabilizuje poziom cukru we krwi. Z tego względu gdy mam ogromną chęć na coś słodkiego to chętnie sięgam po garść takiej suszonej morwy. Najkorzystniej cenowo wypada ta z fimy BioPlanet i Dragon Superfoods. 
Cena: ok. 11 zł (niestety)

11. Orzechy/suszone owoce/mieszanka studencka - tutaj bolączką jest to, że często są sprzedawane w ogromnych opakowaniach, a wtedy łatwo przedawkować tę przyjemność. W Rossmannie można kupić takie małe paczuszki (niestety jest to trochę nieekonomiczne), niektóre bardziej lokalne firmy też sprzedają bakalie w mniejszych – np. 50 g – ilościach (np. w Warszawie spotkałam się z takimi, w Krakowie ich nie ma). Dobrym wyjściem jest też kupowanie orzechów na wagę – są takie samoobsługowe punkty w marketach, w niektórych centrach handlowych pojawiają się także stoiska Frutti Art (polecam ich mieszankę z kostkami kokosa).
Cena: ok. 5 zł (50 g samych orzechów, mieszanka jest trochę tańsza)

Przedstawiłam Wam produkty, które ja najczęściej kupuję, a teraz chętnie poznam Wasze propozycje. Co wybieracie w sklepie na zdrowe przekąski? :)

CZYTAJ DALEJ
13 mar 2014

Dietetyczne, bezglutenowe brownie z kaszą jaglaną

Brownie to dla mnie taka czekolada o puszystej konsystencji. I ciasto, które wywołuje wyraz błogości na twarzy każdego. Niestety, w tradycyjnej wersji, z dwoma tabliczkami czekolady i kostką masła ma niebotycznie wysoką ilość kilokalorii – ponad 5 tysięcy w blasze (naprawdę nie wiem, po co to liczyłam ;) ). Dlatego teraz zachwycam się jego znacznie lżejszą i zdrowszą wersją – z kaszą jaglaną zastępującą mąkę i naprawdę ZNACZNIE mniejszą ilością tłuszczu, która skutkuje oszczędnością ponad 2 tysięcy kalorii w takiej samej ilości ciasta!

Ale zaraz – kasza jaglana w cieście??? Tak, ja też się temu początkowo dziwiłam, ale brzmiało to tak intrygująco, że postanowiłam wykonać takie brownie w ramach eksperymentu. I jestem naprawdę zaskoczona efektem! Konsystencja ciasta jest niemalże identyczna jak w tradycyjnej wersji, a nawet bardziej puszysta i taka... lekka. A co ze smakiem? Mój brat-łasuch powiedział, że jest nawet lepsze! Ja uważam, że jest bardziej wytrawne w smaku, niż oryginał – bardzo przypomina smak czekolady z dużą zawartością kakao. Świetnie smakuje ze świeżymi owocami. Na pewno jeszcze nie raz je zrobię!


Składniki (na blachę 24/34 cm):
3/4 szklanki  kaszy jaglanej
1,5 szklanki wody
6  jajek (niedużych)
100 g masła lub oleju
1 szklanka jogurtu naturalnego
1,5 szklanki cukru trzcinowego nierafinowanego
3/4 szklanki kakao lub mniej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
2 szczypty cynamonu
Opcjonalnie: garść dowolnych posiekanych orzechów/migdałów/skórki pomarańczowej

Przygotowanie:
Kaszę jaglaną płuczemy na sicie dużą ilością wrzątku, następnie dodajemy do gotującej się wody, solimy, doprowadzamy ponownie do wrzenia i gotujemy na małym ogniu pod lekko uchyloną pokrywką (nie mieszamy!). Gdy kasza wchłonie całą wodę i będzie miękka, dodajemy do niej masło, jogurt, kakao, cynamon, proszek do pieczenia i miksujemy blenderem na gładką masę.
Jajka z cukrem ubijamy do puszystości, dodajemy do reszty składników i delikatnie, acz dokładnie mieszamy. 

Gotową masę przelewamy do wyłożonej papierem do pieczenia blachy i pieczemy w 180 stopniach. Jak długo? Jak to z brownie bywa - to zależy, jaką konsystencję chcemy uzyskać. Ja piekę ok. 35 minut, wtedy na patyczku zostają grudki, a ciasto jest bardzo wilgotne w środku. Można oczywiście do "suchego patyczka", ok. 40-45 minut, wtedy uzyskamy bardziej suche ciasto.
Najlepiej smakuje po wystudzeniu, z jakimś orzeźwiającym dodatkiem – np. świeżymi owocami. 


Uwagi:
1. Inspiracją dla tego przepisu jest brownie ze strony Moje Wypieki .
2. Porcja jaglanego brownie widoczna na zdjęciu to ok. 240 kcal, a tradycyjnego – 410. Różnica dość spora!
3. Cukier brązowy oczywiście można zastąpić białym, masło - olejem, zaś osoby na diecie bezglutenowej powinni pamiętać o "swoim" proszku do pieczenia.




...
CZYTAJ DALEJ
9 mar 2014

Pozytywne podsumowanie – luty

28 dni lutego minęły tak szybko, a przecież to tylko 2-3 dni mniej, niż ma każdy zwykły miesiąc. Jednak był to dla mnie bardzo intensywny czas, pełen nowych wiadomości, inspiracji, ludzi i... nowych nadziei.

Pod względem aktywności fizycznej i zdrowego stylu życia  nie jestem z siebie tak zadowolona, jak w ubiegłym miesiącu, ponieważ bywałam w klubie średnio 2 razy w tygodniu, choć dodatkowo dużo spacerowałam dzięki pięknej, wiosennej pogodzie. Nie mam sobie tego jednak za złe, bo byłam trochę przeziębiona i brałam udział w szkoleniach, które odbywały się także w weekendy. Za to moim sukcesem było to, że ograniczyłam ilość jedzonych słodyczy i udało mi się nawet nie jeść ich 10 dni z rzędu, co jest chyba moim życiowym rekordem ;)

Spacery o zmierzchu

Każdego miesiąca staram się brać udział choć w jednym wydarzeniu kulturalnym. W lutym byłam na Targach Rzeczy Fajnych. Jak nazwa wskazuje, można na nich nabyć przeróżne ciekawe rzeczy wytwarzane głównie przez twórców z Krakowa: biżuterię, książki, ubrania, meble, zabawki oraz to, co lubię najbardziej – jedzenie ;) Tradycyjnie już na wszelkich tego typu krakowskich wydarzeniach zaopatruję się w bajeczny hummus Amamamusi – jeśli będziecie mieli kiedykolwiek okazję go spróbować, to nawet nie zastanawiajcie się, tylko od razu bierzcie pomidorowy. Poniżej kilka zdjęć z TRF.

Makaroniki barwione sproszkowaną zieloną herbatą – pyszne!
Owszem!
;)
Mini domki i brokułowe drzewko!

Odwiedziłam także MOCAK, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie. Uwielbiam to miejsce, zwłaszcza jego architekturę – duże, jasne przestrzenie, szklana przezroczysta podłoga oraz czytelnia, gdzie można tak po prostu przyjść i pooglądać sobie albumy o sztuce, modzie, fotografii. I oczywiście wystawy, które moim zdaniem dostarczają nie tylko wrażeń estetycznych, ale też wielu przeżyć emocjonalnych. W tym miesiącu zobaczyłam wystawę znanych już dzięki empikowi zabawnych kolaży W. Szymborskiej, a także przedziwnych instalacji Hasiora.


Kawiarnia w MOCAKu
Czytelnia
... gdzie można się też wygodnie rozłożyć

Rzeczą, która zdecydowanie uprzyjemniała mi w lutym życie był mój nowy kubek termiczny z Tchibo. Miałam już kilka takich naczyń w swoim życiu, ale żaden nie spełniał najważniejszego dla mnie kryterium – by dało się go bezpiecznie włożyć do torebki.  Ten nie uroni nawet kropelki. Dzięki niemu jadąc porannym autobusem mogłam się rozkoszować kawiarnianym jazzem i niespiesznie popijaną kawą.



Ach, i obejrzałam film, który zbiera pochwały na wielu blogach – Czas na miłość. Mnie również on zauroczył, to zdecydowanie feel good movie, choćby z tego powodu, że wszystko jest w nim takie kolorowe – wnętrza, widoki, ludzie. A ponieważ należę do osób, które bardzo lubią przytłaczające polskie filmy, w których nic się nie dzieje, to chciałabym Was zachęcić do obejrzenia Dziewczyny z szafy. W moim odczuciu to taka polska Amelia, wywołuje uczucia od śmiechu do płaczu – i to w tym samym momencie!

Książką tego miesiąca okazała się pozycja, co do której byłam początkowo nieprzekonana – Dziecko Torey Hayden. Jak się okazało, nie jest to fikcja literacka – autorka (psycholog dziecięcy) opisuje swoje własne doświadczenia w pracy z dziećmi, a szczególnie z jedną dziewczynką. Momentami dogłębnie wstrząsająca, pokazuje jednak coś, o czym wielu dorosłych zapomina – że dziecko to przyszły dorosły, normalny człowiek. I należy je – oczywiście z zachowaniem rozsądku – traktować poważnie, nie okłamywać, szanować uczucia (nawet te absurdalne) i podchodzić do niego z empatią. Polecam wszystkim mającym kontakt z dziećmi.

Na koniec dodam jeszcze mój przepis na przepyszne pełnoziarniste scones, który to ukazał się na stronie Oxygen Cycling.


Mam nadzieję, że w Waszym lutym było dużo pozytywnych momentów – podzielcie się nimi! :)
CZYTAJ DALEJ
2 mar 2014

Co mi daje blogowanie? + Share Week 2014

23 dnia ubiegłego miesiąca były 2 urodziny "Zmiany na dobre"! Z tej okazji chciałabym się z Wami podzielić tym, co blogowanie wniosło (i nadal wnosi) do mojego życia. Bo dla mnie to nie tylko prowadzenie własnego miejsca w sieci, ale także korzystanie z tego, co dają mi inni blogerzy. Parafrazując znane i nielubiane przeze mnie zdanie – dopóki nie skorzystałam z blogosfery, nie wiedziałam, że na świecie jest tylu ludzi z pasją!  


Czytając/oglądając codziennie przynajmniej kilka blogowych postów czerpię niesamowitą ilość inspiracji i energii do robienia tego, co przynosi mi zadowolenie. Zaczęłam nawet zastanawiać się, czy nie zatracam się w jakiejś naiwnej wizji świata, w którym ludzie są świadomi tego, do czego dążą, działają a nie oczekują, pięknie żyją i robią niesamowite rzeczy. A przy tym są osobami, które codziennie mijam na ulicy i spotykam w tramwaju. I wiecie co? Czasem im zazdroszczę, czasem się usprawiedliwiam, dlaczego oni tak, a ja nie. Ale wiele z tych słów, obrazów, które przepłynęły przez mój mózg osadzają się w nim jak małe kamyczki, a ja sobie je wyciągam i buduję z nich coś swojego. À propos tych kamyczków, co jest trochę na temat, a trochę nie – czasem zżymam się, że teoretycznie na wszystko mogę znaleźć gotową receptę w internecie ( jak uczyć się języka obcego, jak zarządzać sobą w czasie, jak założyć własny biznes,jak schudnąć - of course, jak żyć etc.), a jednak zamiast wziąć taką listę i punkt po punkcie się do niej stosować, to ja nadal szukam, kombinuję, wybrzydzam. Jestem bardzo zachłanna na informacje, nigdy nie zadowalam się jednym artykułem, opinią na dany temat – ma to swoje zalety, ale do wad zdecydowanie zaliczam to, że zamiast działać – zbieram dane. I przez pewien czas ogromnie frustrowało mnie to, że czytam tyle mądrych książek, artykułów, mam dużą wiedzę teoretyczną, ale tak niewiele w praktyce (dotyczyło to zwłaszcza zarządzania czasem). W końcu jednak zaczęłam zauważać, że z każdej takiej publikacji wyciągam coś wyjątkowego dla siebie i włączam w swój indywidualny system (czy to realizacji zadań, czy nauki angielskiego). I w taki sposób działa na mnie każdy wpis, który czymś mnie zachwyci.

Od dziecka uwielbiałam czytać (i pisać) pamiętniki, biografie. A blogi dają niepowtarzalną możliwość zaglądania do czyjegoś życia – i to w sposób jak najbardziej proszony i mile widziany. Na dodatek często wnoszą coś bardzo fajnego do mojego! Poniżej kilka mniejszych i większych zmian na dobre, które wydarzyły się w ciągu minionych 2 lat.

Rozwój fotograficznej pasji – odkąd pamiętam, zawsze uwielbiałam robić zdjęcia. Jeden aparat nawet utopiłam – bodajże w Balatonie – gdy miałam około 3 lat. Potem z większych przypływów gotówki kupowałam sobie aparaty: po komunii, z okazji zakończenia podstawówki, po 18 urodzinach. Przez długi czas moim celem było uwiecznianie jak największej ilości chwil – byle jak, byle by! A ponieważ przez wiele lat "prawdziwe aparaty" zostały wyparte przez małpki i kompaktowe cyfrówki to nawet nie zdawałam sobie sprawy, że istnieje coś takiego, jak lustrzanka! Lecz od kiedy dowiedziałam się o tym cudzie techniki to kilka lat wzdychałam do takiego sprzętu. Aż w końcu wpadłam na genialny pomysł, aby kupić używane body i szkiełko, które umożliwi mi robienie takich zdjęć, o jakich marzyłam. A motywacji do oszczędzania i zbierania informacji na ten temat dostarczyły mi właśnie blogi! Po pierwsze – absolutnie cudowne zdjęcia na wielu stronach, które są robione przez amatorów, a nie profesjonalistów. Po drugie – chęć, aby i moje fotografie były estetyczne. Teraz, gdy mam już swojego Nikona (na którego nawet moi przyjaciele mówią per dziecko!), ciągle uczę się czegoś nowego – oczywiście kopalnią wiedzy na ten temat są blogi! Czasem aż się zastanawiam, jak to możliwe, że ludzie całkiem bezinteresownie dzielą się taką cudowną wiedzą.

Rozwój kulinarny – o rany, nie na darmo jestem psychologiem, bo najchętniej każdy taki wywód rozpoczynałabym słowami "w dzieciństwie"... Ale tu będzie krótko – każdy w końcu wie, że w dzisiejszych czasach książki kucharskie są właściwie zbędne, bo na blogach można znaleźć przepyszne przepisy, porównać kilka różnych, przeczytać komentarze, poprosić o radę... Co więcej – przed każdym wyjazdem w różne rejony Polski dowiaduję się, gdzie mogę zjeść coś pysznego i zdradzę Wam, że odwiedziłam kilka miejsc, które osobiście poleciły mi Ania z Strawberries from Poland i Marta z Feed me better.

Rozwój umiejętności pisania i... wysławiania się – wystukiwanie literek na klawiaturze to jedna z tych czynności, które dają mi poczucie flow. Robię to stanowczo za rzadko, aczkolwiek... gdybym rzeczywiście napisała na blogu wszystkie posty, jakie układam sobie w głowie, to byłoby ich co najmniej 5-krotnie więcej niż obecnie. W każdym bądź razie poniższy fotel bujany zażyczyłam sobie w wieku 9 lat od Mikołaja z myślą, że będzie on cennym eksponatem muzeum uznanej pisarki Beaty S. ;) O tym wysławianiu napisałam dlatego, że kilka lat temu na pewnym konwersatorium kolega powiedział mi, że jak czasem zabieram głos, to wychodzi z tego sałata słowna, a w ubiegłym tygodniu inny kolega jako jedną z moich silnych stron wymienił to, że... ładnie mówię po polsku. Także chyba jest progres pod tym względem ;) Ach, i jeszcze powinnam napisać, że zrobiłam sobie ostatnio test szybkości pisania na klawiaturze i została ona oceniona na "bardzo dobrze"! Tę umiejętność chyba też zawdzięczam blogowaniu (nie, nigdy nie komunikowałam się dużo na komunikatorach). ;)

Oj, widzę, że mogłabym tak wymieniać i wymieniać...  Rozwój umiejętności dostrzegania piękna w małych, codziennych sprawach, dodawanie uroku chwilom (choćby poprzez chęć zrobienia foci na bloga – wiecie, co mam na myśli), dokonywanie trafnych zakupów (Tak! Polecanie produktów ma niesamowitą siłę!), wyborów książek, filmów... I co ogromnie dla mnie ważne – budowanie pomnika trwalszego niż ze spiżu. Może i na maleńką skalę, ale... w internecie nic nie ginie, a mnie tak bardzo cieszy, że mogę się podzielić pewną cząstką siebie. Na tym skończę ten tekst z obawy, że nikt nie będzie miał sił przeczytać go do końca ;) Zwłaszcza, że w tytule posta zapowiedziałam coś jeszcze.

Trwający właśnie Share Week 2014 idealnie wpasował się w tematykę tego posta, dlatego z przyjemnością podzielę się z Wami kilkoma blogami, które uwielbiam (kolejność przypadkowa). 

Strawberries from Poland – piękne zdjęcia, piękne historie. Pisałam też o nim tutaj.

Zielone-buty – autorka potrafi wyrazić tak wiele w tak niewielu słowach. Jednym zdaniem zachęca do przeczytania książki lub obejrzenia filmu, nie zabierając nic z treści, które lepiej odkryć samemu.

Jest rudo - z niecierpliwością czekam na każdy fotograficzny tutorial!

Czasie nie uciekaj – czytam od niedawna, ale bardzo cenię za szczerość i... długie wpisy!

Mamy sposób – blog prowadzony przez dwie przyjaciółki, z którymi bardzo miło rozpocząć jest dzień przy kawie.

Design your life – tego bloga chyba niewielu osobom trzeba przedstawiać. Ale, co ciekawe, miałam do niego kilka podejść, zanim naprawdę go polubiłam. Teraz mam swoje ulubione kategorie postów, które są bardzo praktyczne i perfekcyjnie przygotowane. Cenię też bardzo Alinę za jej bezpretensjonalność, bo choć jest tak popularną blogerką, to absolutnie nie ma postawy pod tytułem "znam się na wszystkim, a jak się nie znam, to i tak się wypowiem".

Oczywiście czytam jeszcze wiele bardzo wartościowych blogów, które mają tysiące i dziesiątki tysięcy czytelników, ale w tym zestawieniu wymieniłam te, które są bardzo autentyczne i jakoś szczególnie mi bliskie :)

A teraz zapraszam Was do podzielenia się tym, co wnoszą blogi do Waszego życia :) 

    CZYTAJ DALEJ
    TOP