24 wrz 2014

Szybkim spacerem po Wrocławiu

"Wrocław - miasto spotkań". W moim przypadku krótkich, ale intensywnych. Będąc w tym mieście po raz pierwszy, oglądałam go głównie zza zalanych deszczem okien samochodu. I mimo to, bardzo zapragnęłam do niego wrócić. Nawet na mojej liście "101 celów w 1001 dni" pojawił się taki punkt. Zdecydowanie coś w tym jest, że jak się czegoś bardzo chce, to okoliczności sprzyjają spełnieniu tego, bo w ostatnim czasie udało mi się być dwa razy we Wrocławiu! Łącznie spędziłam w nim około... 10 godzin. Trzeba przyznać, że należę do osób, które uwielbiają zwiedzać. Szaleńcze tempo wycieczek objazdowych mi niestraszne, więc nawet pieszo przejdę wiele kilometrów, by zobaczyć coś pięknego i zrobić temu zdjęcie.

W tym poście zapraszam Was na dwie krótkie wycieczki po Wrocławiu - słoneczną i deszczową. Pierwszą z nich odbyłam w drodze powrotnej z Slot Art Festivalu. Moja przyjaciółka wracała w przeciwną stronę Polski, dlatego pomyślałam, że połażę sobie tam, gdzie mnie oczy poniosą.


Romantyczna Zatoka Gondoli

Widok na Ostrów Tumski, który będę miała okazję zobaczyć na drugiej wycieczce. 

Most Piaskowy 

Rozważam rozpoczęcie nowego kierunku studiów ;)


 Witryna Punktu Informacji Turystycznej

Błyszczę się?

Plac Nowy Targ


Kolejny pobyt we Wrocławiu był spontanicznym wyjazdem "na doczepkę". Jednym z miejsc, które koniecznie chciałam zobaczyć w tym mieście były Ogrody Japońskie i Ogród Botaniczny. Właściwie od samego przyjazdu bardzo padało, ale wiecie - gdy niespodziewanie ma się okazję być w takim pięknym miejscu, to deszcz w ogóle nie przeszkadza! No, może poza robieniem zdjęć, dlatego kilka z poniższych jest zrobionych telefonem. 

Pergola

Spacerując z mamą pod Pergolą i po terenach ogrodu stwierdziłyśmy, że właśnie ten deszcz sprawił, że tak bardzo nam się podoba w tym miejscu. Poza wycieczką emerytów i jedną parą nie spotkałyśmy nikogo, a krople wody sprawiły, że krajobraz był nasycony kolorami. Dzięki temu czułam się troszkę jak w innym kraju. Miałyśmy też okazję zobaczyć pokaz fontanny multimedialnej pod Halą Stulecia - pusta, monochromatyczna, ogromna przestrzeń i woda pulsująca w rytm przepięknej muzyki stworzyły razem wyjątkowe doświadczenie. Czułyśmy się, jakby był specjalnie dla nas, bo wokół można było dostrzec tylko dwoje ludzi. Zwykle w takich miejscach roi się od turystów, więc myślę, że wczesna jesień jest idealną porą na zwiedzenie tych miejsc.

1 - przemoczone trampki, 2 - Hala Stulecia, 3 - Po prostu Pastelove, 4 - Most Tumski

Podczas naszej deszczowej wycieczki trafiłyśmy całkowicie przypadkowo w przepiękny rejon Wrocławia. Starsza pani zrobiła małe zamieszanie w tramwaju, ponieważ chciała wysiąść pod katedrą. Stwierdziłyśmy z mamą, że chętnie i my ją zobaczymy. Okazało się, że jesteśmy na Ostrowie Tumskim, najstarszej i zabytkowej części miasta! Czułam się tam, jakbym trafiła do jakiegoś innego świata - same stare, lecz zadbane budynki, brukowane uliczki, brak reklam. Spacerowałyśmy bez celu, co krok odkrywając piękne widoki. W końcu postanowiłyśmy wracać, by pójść gdzieś na obiad. Wybrałyśmy równoległą ulicę do tej, z której przyszłyśmy i... znowu szczęśliwy traf chciał, że odnalazłyśmy Ogród Botaniczny, do którego miałyśmy już nie jechać.

Teren ogrodu mieści się przy Wydziale Botaniki Uniwersytetu Wrocławskiego i po prostu mnie oczarował. Ten teren jest taki zadbany, ogromny, roślinność taka bujna, że czułam się jak w innym świecie. A dokładnie to... I'm Potterhead, więc jak widzę ogromny gotycki kościół, stare uniwersyteckie budynki, szklarnie to od razu mam ciąg skojarzeń: zajęcia ze studentami - ogród angielski - zielarstwo - Hogwart ;) Tutaj już dłużej nie mogłam trzymać aparatu w torebce!

Tykwy

Mandarynki





Krasnal musi być!



Choć kocham Kraków bezwarunkowo, zazdroszczę wrocławianom tych przepięknych terenów. Myślę, że do aktywnego spędzania czasu wolnego jak najbardziej można zaliczyć zwiedzanie. Szczególnie, gdy trzeba się sporo przy tym nachodzić. 
Przed nami szary, deszczowy czas, więc warto się wybrać w takie miejsca, gdzie chyba o każdej porze roku można nacieszyć oczy pięknymi barwami i roślinnością. Mam nadzieję, że podobał Wam się taki wirtualny spacer po Wrocławiu. Im częściej odkrywam polskie miasta, tym bardziej widzę, że mają one wiele do zaoferowania i nawet taki kilkugodzinny pobyt może dostarczyć wielu wrażeń.
CZYTAJ DALEJ
17 wrz 2014

"Dzika strona jedzenia" - recenzja książki


Gdybym miała jednym zdaniem określić tę książkę, napisałabym: zdrowe odżywianie dla zaawansowanych. Jeśli codziennie jesz 5 porcji warzyw i owoców dziennie to jesteś na poziomie podstawowym. Średni poziom to taki, gdy dbasz o to, by jeść sezonowo i lokalnie. Zaawansowany level osiągasz wtedy, gdy nie tylko jesz jabłka, ale jesz najzdrowsze jabłka. Na czym polega różnica? Otóż owoc owocowi nierówny - istotne są także jego odmiany. A te mogą się różnić smakiem, kolorem, twardością i... zawartością fitoskładników. Zanim jednak napiszę, czym one w ogóle są, to przedstawię Wam książkę, którą otrzymałam od wydawnictwa Illuminatio.

Autorką książki "Dzika strona jedzenia" jest Jo Robinson, badaczka i aktywistka żywieniową (w życiu nie słyszałam takiego określenia, ale brzmi dobrze!) ze Stanów Zjednoczonych. Pozycja ta ma 15 stron napisanej drobnym druczkiem bibliografii. Czytałam w swoim życiu książki ze śmiałymi twierdzeniami, które miały zaledwie kilka pozycji, więc dobra podstawa teoretyczna jest dla mnie ogromnie przekonująca.

A teraz zadam Ci pytanie: Jakie powinno być Twoje jabłko idealne

Mój wymarzony gatunek to: słodkie z lekko kwaskowatą nutą, chrupiące, soczyste, średniej wielkości, z połyskującą, rumianą skórką. Zauważ, że pierwszą i najważniejszą cechą owocu jest dla mnie jego słodycz. Okazuje się, że nie jestem w tym odosobniona. Słodkie i soczyste jabłka "Golden Delicious" należą do jednej z najbardziej popularnych odmian w USA. Być może zapytasz - i co w związku z tym? Dzięki tej książce już wiem, że całkiem sporo. Ale by Cię przekonać, musimy cofnąć się w czasie o jakieś... 10 tysięcy lat. Wtedy nasi prehistoryczni przodkowie wynaleźli rolnictwo. W zależności od tego, jakie tereny zamieszkiwali, napotykali na różne dziko rosnące rośliny - wezmę dla przykładu wspomniane jabłka. Kilka epok temu miały one niewiele wspólnego z owocami, jakie znamy obecnie. Były maleńkie (np. wielkości małych oliwek) i bardzo kwaśne. Jednak na przestrzeni tysięcy lat, około 400 pokoleń rolników zmieniało je, aby drzewka dawały większe plony, były łatwiejsze w uprawianiu i zbieraniu oraz oczywiście były lepsze w smaku. Działo się to na skutek rozmnażania roślin poprzez odcinanie sadzonek, szczepienie, lub wybieranie tych drzewek, które przynosiły najbardziej pożądane owoce. To chyba dobrze? - wydawać by się mogło. Jednak Matka Natura wymyśliła sobie takie "dziewicze" gatunki nie na darmo. Po pierwsze, mocno zmodyfikowane przez człowieka odmiany zawierają o wiele mniej witamin, minerałów i niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych w porównaniu do dzikich odmian. Po drugie, pierwotne rośliny miały więcej błonnika i białka, zaś o wiele mniej cukru, niż te zmienione. Trzecią cechą niezmodyfikowanych gatunków jest wysoka zawartość fitoskładników. Bo FITOSKŁADNIKI to słowo-klucz tej książki. Tutaj posłużę się cytatem:
"Każda roślina produkuje cały szereg fitoskładników, które stanowią chemiczną obronę przed owadami, chorobami, szkodliwym światłem ultrafioletowym czy przed żerującymi zwierzętami."
 Zgodnie z badaniami, spożywanie roślin bogatych w fitoskładniki:
  • chroni przed nowotworami, zawałem serca lub udarem
  • może mieć wpływ na poprawę wyników sportowych
  • zmniejsza ryzyko infekcji
  • wpływa na obniżenie ciśnienia krwi
  •  wspomaga układ odpornościowy
  • przyspiesza utratę wagi 
Odchudzanie staje się skuteczniejsze, bo tak jak napisałam wcześniej, te mniej zmodyfikowane odmiany mają mniejszą zawartość cukru, a co za tym idzie - niższy indeks glikemiczny. Dzięki temu po ich zjedzeniu stężenie glukozy we krwi nie wzrasta gwałtownie i nie sprawia, że zaraz potem chce nam się znowu jeść. Na to wpływa również wyższa zawartość błonnika, który powoduje, że pożywienie jest dłużej trawione, dając długo uczucie sytości.

No dobrze, wiemy co to są fitoskładniki, ale co możemy zrobić z tą wiedzą? "Dzika strona jedzenia"  koncentruje się na tym, jak się odżywiać, aby dostarczyć organizmowi ich największą ilość. Książka jest podzielona na dwie części: warzywa i owoce, a w każdej z nich osobne rozdziały poświęcone kolejnym ich rodzajom. Czyli na przykład: rośliny strączkowe, warzywa kapustne, owoce pestkowe, cytrusy etc. W każdym z nich znajdziemy informacje:
  • o pochodzeniu odmian 
  • o wyjątkowych właściwościach
  • jak wybierać najbardziej wartościowe odmiany w supermarkecie
  • jak je przechowywać i przygotowywać
  • o zalecanych odmianach z podziałem na supermarkety, targowiska, sklepy ze zdrową żywnością i katalogi nasion
W książce znajdują się też interesujące przepisy, które od początku do końca są opisane tak, aby "wycisnąć" ze składników wszystko co najlepsze. Dużą ciekawostką są także ryciny porównujące obecne i dzikie gatunki.




Spójrzcie na pierwsze zdjęcie w tym poście. Fragmentów oznaczonych karteczkami jest mnóstwo. A zaznaczałam tylko te, do których muszę koniecznie wrócić! To jest chyba najlepsza rekomendacja dla tej książki.

Rozpoczynając lekturę książki "Dzika strona jedzenia" nie sądziłam, że aż tak mnie ona zainteresuje. Okładka jakoś mnie nie zachęcała, wywołując - nie bez przyczyny ;) - skojarzenie z amerykańskimi poradnikami. Ponadto dotychczas nie interesowałam się roślinami, botaniką, czy nawet ogrodnictwem, więc po przeczytaniu kilku pierwszych stron o sałacie lodowej myślałam, że czytanie tej książki będzie męką! A przecież zgodziłam się ją zrecenzować! Jednak wraz z kolejnymi informacjami uświadomiłam sobie, że ta książka odpowiada na moje potrzeby. Często czuję taką niepewność, czy coś jeszcze z tych wszystkich mikro i makroskładników w warzywach i owocach zostaje, jak je upiekę, usmażę czy poddam duszeniu. I czy warto nosić te ciężkie siaty z zakupami, jeśli i tak pod wpływem nieodpowiedniego przygotowywania wszystko, co dobre ma wyginąć.
Przyznam się też, że dotychczas w dość absurdalny sposób wyobrażałam sobie powstawanie produktów modyfikowanych genetycznie. Zawsze przed oczami miałam sterylne laboratorium i naukowców z probówkami, którzy w ściśle kontrolowanych warunkach (najlepiej jeszcze obserwując wszystko pod mikroskopem) tworzą te nowe gatunki. Wbrew pozorom nie jest to aż taki drastyczny i precyzyjny zabieg. To raczej proces, który nie trwa od paru dziesięcioleci, lecz od setek lat!

Jak gra Rammstein, "We're all living in America". Jednak żałuję, że pewne informacje zawarte w książce nie odnoszą się do polskich warunków. Chodzi tutaj głównie o to, że wiele odmian opisywanych warzyw i owoców nie występuje powszechnie, lub wcale w Polsce. Wydawca miał jednak taką świadomość, dlatego w książce pojawiają się przypisy dotyczące sytuacji na polskim rynku.

Na zakończenie tej recenzji napiszę tak: ostatnio myślałam sobie o tym, że w każdej kuchni, poza szafkami na kubki, garnki i makaron powinna również być szafka na książki. Kucharskie - by mieć się czym inspirować. I te o odżywianiu, żeby często po nie sięgać. "Dzika strona jedzenia" na pewno znalazłaby się na mojej.



Za przekazanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Illuminatio.
CZYTAJ DALEJ
TOP